woda

Wpaść na Czeremosz

Grzechem jest nie wykorzystać miejsca w samochodzie, gdy samochód ten jedzie w nieznane i na dodatek wiezie dobre towarzystwo. Z każdej bowiem podróży można przywieźć coś nowego i cennego. Poznać kogoś na dzień albo na lata, złowić jakąś rybę bądź tylko otrzeć się o coś, co będzie tematem następnej wyprawy. Zapakowałem się więc bez wahania do auta Darka Małysza, który wraz z Wierką – rodowitą Ukrainką prowadzącą od kilku lat darkowe interesy, jechał na Wschód szukać nowych kontaktów handlowych. Trasę wyprawy zaplanowaliśmy w ten sposób, aby zwiedzić Czeremosz, którego dźwięczna nazwa odpowiada jego urodzie, a wieść gminna od stu lat donosi o wielkich huculskich głowacicach. Czasu mieliśmy „niemnogo”,  dwa dni – ot tyle, aby z okien samochodu popatrzeć na rzekę i w kilku miejscach rzucić spinningiem.

20 godzin w plecy

Pierwszym niecodziennym przeżyciem jest przejście graniczne. Ukraina to duży, 50-milionowy kraj, co – niestety – widać na granicy. Normalny czas oczekiwania zrównałby z ziemią wszystkie nasze czeremoskie plany, ale tu wyjątkowym talentem organizacyjnym popisała się Wierka. I nie chodzi tu Boże broń o karalną płatną protekcję. Wierka bez wydania jednego dolara, kręcąc się jak fryga pomiędzy ukraińskimi celnikami, krzycząc i wymachując rękami sprawiła, że trzy kolumny stojących zderzak w zderzak samochodów rozstąpiły się opornie na długości kilkuset metrów, przepuszczając pod szlaban uprzywilejowane siły „Wędkarskiego Świata” i „Dorado”. W ten sposób przekroczenie granicy w Medyce zajęło nam kwadrans zamiast 10 godzin – podobnie zresztą jak przekroczenie granicy w Korczowej w drodze powrotnej. Planując jednak wyprawę „bez Wiery” i dysponując nawet zbędnymi dziesięciodolarówkami dla „firm” ułatwiających przekroczenie granicy, trzeba się liczyć z kilkugodzinnym staniem i to bez względu na porę doby.

Naprawdę zielona

Ale dalej wszystko staje się proste, prawdziwe i zielone. Co mam na myśli mówiąc prawdziwe? Wystarczy wstąpić do pierwszej lepszej przydrożnej knajpy – zwykle drewnianej i utrzymanej w miejscowym stylu. Za pół polskiej ceny dostaniemy „żywe pywo” – czyli prawdziwe piwo, niepasteryzowane, podane we wzorcowej temperaturze, prawdziwe szaszłyki z mięsa bez wody, ser z kaszą kukurydzianą, no i to, po co warto jechać na Ukrainę nawet bez wędki – a co możemy zamówić w ciemno w każdej ukraińskiej chałupie – pielmienie, czyli malutkie pierożki z mięsem, których można zjeść nieprawdopodobną wręcz liczbę. Nie jest to już, co prawda, oryginalne syberyjskie pielmienie, których rosyjskie baby robiły kilka tysięcy z jednego ubitego niedźwiedzia i zamrażały „na zaś”  w wygrzebanych w zmarzlinie dołach, ale w Polsce nikt bez wschodniego rodowodu czegoś takiego nie przyrządzi. Do piwa można też w każdym „magazinie” kupić inny wschodni przysmak – maleńkie suszone rybki (anczous) i makaron z suszonych kalmarów, które znakomicie zastępują chipsy do piwa, z tą tylko różnicą, że są milion razy smaczniejsze i zdrowsze…
Na zielonej Ukrainie jest naprawdę zielono i rozmaicie, trochę jak na naszym Podlasiu. Tylko tutaj wszystko jest odrobinę większe – zwłaszcza wiejskie przestrzenie łąk i pól oraz lasy dają poczucie spokoju i równowagi, wprawiają w taki stan, że człowiekowi nigdzie się nie spieszy. Natomiast chce się jak najdłużej polenić i ponudzić. Nieco gorzej jest w niewielkich miastach – tu dominują zaniedbane blokowiska, niewiadomego przeznaczenia stalowo-betonowe konstrukcje, pozostałe po komunizmie i wszechobecne przejawy zwykłej ludzkiej biedy.

Wschodnie Karpaty…

…zachodnia Ukraina
Po drodze zabieramy z Drohobycza  Romka – przyjaciela Wierki z lat szkolnych. Witają nas tu prawdziwym, twardym i pachnącym chlebem razowym, „stakanczykom horiwky” i sadzonymi jajkami zwanymi tutaj glazunia (od słowa glaz – oko,  czyli jaja jak oczy) natomiast miast Lila – żona Romana – jest znakomitym dowodem na to, że największym bogactwem Ukrainy są piękne kobiety.

Roman jest przesympatycznym młodym człowiekiem mówiącym znakomicie po Polsku. Marzy mu się organizacja turystyki wędkarskiej na Ukrainie. Ma mnóstwo wędkujących znajomych na całej Ukrainie i podczas podróży rodzą się plany przynajmniej kilku wypraw na sumy i sandacze. Zwłaszcza w dużych rzekach wpadających do Morza Czarnego – Dniestrze, Dnieprze i południowym Bugu tkwią duże turystyczne możliwości, które Roman, mieszkając blisko polskiej granicy, znając polski język i wykorzystując swoje znajomości, może i chce wykorzystać. No cóż – „pożywiom uwidzim”, ale już wiem, że w przyszłym roku pierwszomajowe święto spędzę nad którąś z ukraińskich rzek.

Z Drohobycza kierujemy się na południowy-wschód w pasmo Wierchowiny. Po przejechaniu 300 km coraz gorszymi drogami docieramy nad Czeremosz – w krainę połonin, z których gdzieniegdzie wyrastają tradycyjne obejścia przypominające małe grody obronne. Do wielu z tych gospodarstw do dziś dojechać można jedynie na dzielnym koniku huculskim. Czeremosz przypomina do złudzenia Poprad, a Huculszczyzna nasze Podhale. Urzeka mnie tutejsza architektura. Wszystkie domy, zabudowania gospodarskie, przydrożne kapliczki, przystanki autobusowe i cerkwie mają coś wspólnego, coś co sprawia, że w każdej chwili, w którąkolwiek stronę bym się nie odwrócił, wiem, gdzie jestem. Tu nie do pomyślenia są widoczki z naszego podwórka, gdzie obok kurpiowskiej chaty stoi czworokątne mazowieckie pudełko, a pośrodku ktoś próbuje wtłoczyć jeszcze oryginalną chińską pagodę… Tę huculską jedność i harmonię zatruwają jednak tony śmieci widocznych w rzece i nad rzeką. Wydaje się, że Czeremosz jest dla wielu mieszkających tu ludzi kolektorem i wysypiskiem. Smród wydobywający się z cieknących wprost do rzeki latryn jest trudny do zniesienia, a przy niektórych nadrzecznych gospodarstwach dno i brzegi rzeki usłane są wszystkim, co wniósł ze sobą na Ukrainę XXI wiek – plastikami, foliami, kołpakami samochodowymi, oponami… W pewnej chwili, gdy łowiłem stojąc po pas w wodzie na wiejskim odcinku, przyszła kobieta z wiadrem i bez mrugnięcia okiem wywaliła śmieci do rzeki tuż za moimi plecami. A kilkaset metrów niżej miejscowy koleś mył swoją tawrię, która stała tylnymi kołami w rzece.

Wszystko wyżarły głowatki

Sam Czeremosz jest jednak piękny – nie tak bogaty w książkowe miejsca jak Dunajec, ale przez to czytelny nawet dla wędkarza mało doświadczonego w górskim łowieniu. Zatrzymujemy się co kilka kilometrów w optycznie dobrych miejscach. Nie jest to trudne, gdyż podobnie jak nad Dunajcem, praktycznie wzdłuż całego Czeremosza biegnie droga. Nad wodą żywego ducha – jedynie poniżej miejsca, gdzie łączą się Czarny i Biały Czeremosz spotykamy wędkarza łowiącego leszczynowym kijem ukleje na robaka.

Długo nie udaje nam się złowić jakiejkolwiek ryby. Niepokoi nas brak nawet niewymiarowych pstrągów. Darek zapina co prawda dwie duże ryby, ale obie spadają po sekundzie holu. Brzana, głowacica? Nie wiadomo. Łowimy jedynie kilka kleni i dwie malutkie głowacice. Darek przyznaje, że ta najmniejsza głowatka, jaką kiedykolwiek złowił, sprawiła mu chyba największą radość – bo dzika, nie dotknięta ręką człowieka – prawdziwa huculska…

Każdy zapytany o ryby człowiek rozkłada szeroko ręce i opowiada o wielkich, 1,5-metrowych głowacicach. Na temat pstrągów nie udaje nam się wyciągnąć rzetelnych informacji, ale chyba są, bo trafił nam się miejscowy specjalista, który bez żadnego zażenowania polecał na pstrągi „czerwia”  – najlepiej jesienią w mniejszych dopływach, albo… spływ łódką z przetwornicą na pokładzie…

Organizacja sportu wędkarskiego praktycznie tu nie istnieje. Funkcjonują co prawda towarzystwa myśliwsko-rybackie – m. in. w Wierchowinie, ale są one nastawione głównie na myśliwych. Gdy spytałem się Romana o jakieś zezwolenia, licencje, czy coś takiego, usłyszałem, że gdy pojawi się strażnik lub policjant, to „sprawa jest do załatwienia na miejscu”.

W jednej z wsi zatrzymujemy się na krótki nocleg. Koszt – 20 hrywien od osoby, w dobrych warunkach, w drewnianym dużym domu, ale z tradycyjnym tutaj kibelkiem na powietrzu. To już taki miejscowy folklor, na którego zmianę potrzebne są pieniądze, a więc i lata całe. U gospodarza można kupić wszystko – ceny o około połowę niższe niż w Polsce.

A grzybiarze mogą tu znaleźć ziemię obiecaną – miejscowe dzieciaki zbierają tylko prawdziwki, a 3-litrowy słoik suszonych prawusów kosztuje 45 hrywien (36 zł).

Powoli wracamy. Czeremosz pozostawił w nas mieszane uczucia. Mało ryb, ale chyba realna szansa na spotkanie z „królową Podhala” i to w godziwych warunkach, bez oddechu dziesięciu kolegów po kiju na plecach. Darek chce tu przyjechać jesienią. Nie przepadam za górskimi rzekami, ale jeszcze bardziej nie lubię, jak ktoś melduje mi o złowionych rybach, na które nie chciało mi się jechać. Więc chyba przyjadę…

Wracając, zatrzymujemy się w turystycznej Jaremczy. Można tu na góralskim targu „pakupić” wszelakie regionalne prezenty dla rodziny i zachwycić się przepięknym odcinkiem Prutu – potężnej, prawie 1000-kilometrowej górskiej rzeki. Niestety, ryb w niej jak na lekarstwo. Ekipy elektryków i innej maści kłusoli sprawiły, że łowi się tu z rzadka pojedyncze świnki i klenie.

***

Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na łowienie, nie zdążyliśmy poznać rzeki. Ale Czeremosz jest na tyle przyjazny, że nie trzeba go poznawać. Tu można jechać w ciemno. Wystarczy przyzwoita mapa, samochód, dwa spinningi i kilkaset hrywien, aby stać się pełnej krwi Hucułem i nałowić się do bólu w najlepszych miejscach, a przy tym posmakować zdrowej, przaśnej kuchni ukraińskiej. A gospodarze tu też są przyjaźni i przy szklaneczce samogonu chętnie opowiedzą o górach, rzece, Oleksym Doboszu – najsłynniejszym huculskim rozbójniku, minionej epoce i nowych czasach.

Tekst i fot. Marek Szymański

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy