Łowienie w Hiszpanii

Szczupaki w krainie bassa

W 2011 roku pierwszy raz usłyszałem o zbiornikach zaporowych w centralnej Hiszpanii znanych z dużej populacji bassów. Kolega Daniel opowiadał mi o wielkich szczupakach, których nikt tam nie łowi, ponieważ miejscowi wędkarze koncentrują się na sportowym połowie bassa. Regularnie donoszono o przyłowach szczupaków przekraczających metr, a okazy powyżej 120 cm nie należały do rzadkości. Plan wędkarskiej wyprawy narodził się w mojej głowie kilka lat temu, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. Jednak kiedy wiosną 2017 roku dotarły do nas zdjęcia szczupaka o długości 140 cm, miarka się przebrała! Nie ma na co dłużej czekać!

Wcześniejszy rekonesans Daniela udowodnił, że duże szczupaki można łowić skutecznie pod koniec sierpnia w trollingu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że głęboki trolling daje możliwość spotkania z brzanami comizo, które dorastają tam do metra długości! Na początku roku udało się zebrać ekipę, uzgodnić termin, zarezerwować noclegi, wynająć łodzie i kupić bilety na samolot. Ostatni tydzień sierpnia mieliśmy spędzić na poznawaniu zbiorników zaporowych w regionie Extremadura!

łowienie Hiszpania

Woda tylko dla wędkarzy

Extremadura to autonomiczna wspólnota w Hiszpanii , która składa się z prowincji  Cáceres  i  Badajoz . Graniczy z  Kastylią i Leónem ,  Kastylią-La Manchą  i  Andaluzją  oraz Portugalią na zachodzie. W latach 50. powstał tam program modernizacji zbiorników oraz budowy zapór wodnych w celu produkcji energii elektrycznej. W wyniku tego przedsięwzięcia i zalania dolin rzek powstało kilka zbiorników zaporowych. Szybko okazało się, że inwestycja pozwala na produkcję energii w ilości przekraczającej zapotrzebowanie prowincji. Jest to region o niskiej gęstości zaludnienia, nieprzekraczającej 26 osób na kilometr kwadratowy. Jakie ma to znaczenie dla wędkarzy? Z jednej strony przez tydzień przyszło nam pływać w pięknym otoczeniu przyrody, wśród skał, kamienistych plaż i leśnych stoków zamieszkałych przez sarny, dziki i sępy. Krajobrazu nie zakłócały zabudowania, a w wodzie ani na brzegach nie spotykaliśmy śmieci, co nad modnym Caspe jest normą. Czasami tylko w oddali zamajaczyły kontury hacjendy plantatora oliwek. Z drugiej strony mamy tu całkowity brak infrastruktury wędkarskiej – przez tydzień pływania nie spotkaliśmy ani jednego portu, mariny, slipu czy nawet pomostu. Nie oznacza to jednak braku wędkarzy. Na nielicznych glinianych plażach, które miały wystarczająco łagodne nachylenie, aby zwodować jednostkę pływającą, każdego dnia spotykaliśmy terenowe auta, które przywoziły szybkie łódki, czyli tak zwane „bass boat”. W wioskach położonych w pobliżu takich plaż można czasami znaleźć łodzie do wynajęcia. Dzięki Danielowi, który znał już okolicę, mieliśmy możliwość wynajęcia całkiem nowych i komfortowych łodzi. Każdego ranka tuż przed wschodem słońca właściciele przywozili je na jedną z plaż i wodowali w umówionym miejscu. Odbiór łodzi następował przed zachodem słońca, aby zdążyli załadować sprzęt na przyczepy i odwieźć do oddalonej o kilkanaście kilometrów bazy. Wymagało to precyzyjnego planowania czasu na wodze, gdyż punktualny odbiór i zwrot łodzi był bardzo ważny. Bardzo istotne było również dostosowanie garderoby do warunków pogodowych. Poranki witały nas temperaturą około 15°C, która po wschodzie słońca zwiększała się szybko, aby po godzinie 14.00 przekroczyć 40°C! 12 godzin pływania dziennie, przez 7 dni, w takich warunkach to sport ekstremalny. Po pierwszym dniu wszyscy byliśmy wyczerpani i z lekkim niepokojem spoglądaliśmy w przyszłość. Na szczęście organizm potrafi się w jakimś stopniu przyzwyczaić do klimatu, więc w kolejnych dniach znosiliśmy upał trochę lepiej, chociaż i tak każdego wieczora wszyscy uczestnicy padali do łóżek i zasypiali w ciągu kilku sekund.

Na ryby do Hiszpanii

Dzień pierwszy

Bazując na doświadczeniach Daniela z poprzednich wypraw, mieliśmy szukać ławic drobnicy w toni. W pobliżu skupisk uklei powinny się gromadzić polujące na nie brzany oraz szczupaki. Pierwsze branie nastąpiło po 20 minutach od zarzucenia zestawów. Wędka Mateusza pięknie się wygięła, ale ryba spadła po minucie holu. Pierwsze koty za płoty, nie jest źle. Niestety, kolejne 3 godziny nie przyniosły brań. O 10.30 mam branie, które prawie wyrywa wędkę z ręki. Kij wygięty w pałąk, hamulec wściekle jazgocze. Jest duża ryba! Odjazd na 20 m i nagle ryba się uspokaja. Daje się doholować do łódki i dopiero kilka metrów od burty kolejny wściekły odjazd, ale pionowo w dół. Już wiem, że to brzana – opowieści Daniela idealnie opisały zachowanie tej ryby podczas walki. Największym zaskoczeniem był jednak rozmiar ryby, gdy naszym oczom ukazała się brzana o długości zaledwie 55 cm. Jeżeli tej wielkości comizo jest taka silna, to jak muszą walczyć te większe? Nie zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić, bo po 5 minutach mam kolejne branie. Tym razem podbieram szczupaka koło 80 cm. Dobre miejsce – robimy nawrót. Nie mija kwadrans i znów uderzenie – kolejny osiemdziesiątak melduje się w łodzi. A więc ruszyły się! Nawrót, regulacja hamulców, pełna koncentracja i… nic. Brania skończyły się tak nagle, jak się zaczęły. Do godziny 18.00 nie mamy żadnego kontaktu, dopiero tuż przed zachodem udaje się dołowić kilka brzan. Na pozostałych łodziach wyniki były jeszcze gorsze. Najgorszą wiadomością pierwszego dnia okazała się jednak nie liczba brań, ale fakt, że drobnica gdzieś zniknęła i pomimo usilnych starań nie jesteśmy w stanie jej zlokalizować. Jedna lub dwie ławice podczas całego dnia łowienia to zdecydowanie za mało. Echosondy pokazywały stada brzan oraz zapisy szczupakowe na głębokościach od 10 do 15 m, ale ryby zdecydowanie nie były aktywne. Pomimo to udało się złowić kilka szczupaków w okolicach 80 cm oraz 5 niewielkich brzan między 55 a 65 cm, które brały agresywnie na duże szczupakowe woblery. Jak na pierwszy dzień rozpoznawczy nie jest dramatycznie, ale co dalej?

Poszukiwania zaginionej drobnicy

Plan na drugi dzień jest prosty. Trzeba znaleźć ławice małych ryb. Zaznaczamy więc na mapach nowe obszary poszukiwań i pełni nadziei ruszamy na kolejny rekonesans. Rzeczywistość boleśnie weryfikuje nasze nadzieje. Drobnicy jak nie było, tak nie ma, a w dodatku brzany i szczupaki nie biorą zupełnie. Po południu morale zdecydowanie opada. Mateusz rzuca pomysł, żeby spróbować złowić bassa. Pomysł niby dobry, ale nie było tego w planach, a co za tym idzie – nie mamy odpowiedniego sprzętu. Trzeba więc improwizować. Wybieramy najlżejsze wędki i szukamy małych przynęt. Ja nie mam nic, ale Mateusz wyciąga z dna pudełka kilka testowych egzemplarzy nowej przynęty Salmo Squarebill, zaprojektowanej specjalnie na bassa. Chyba jednak miał w planach polowanie na inne gatunki niż szczupak… Już w pierwszych rzutach łowimy po kilka basików, ale ich długość nie przekracza 30 cm. Zmieniamy miejscówkę na nieco głębszą i po 30 minutach udaje mi się zaciąć pięknego grubasa, który przed podebraniem kilka razy wyskakuje wysoko nad wodę. Teraz już w pełni rozumiem walory sportowe tych ryb. Miły przerywnik zakończony, czas wrócić do poważnych zadań. Niestety, do końca dnia sytuacja nie ulega zmianie i spływamy w nie najlepszych humorach.

Wieczorem postanawiamy odwiedzić lokalny bar, aby odpocząć przy zimnym piwku i miseczce torreznones, czyli smażonych, a następnie solonych i suszonych świńskich uszu i kawałków skóry, podawanych w formie chipsów jako przekąska do drinków. Dzięki Danielowi, który płynnie włada językiem hiszpańskim, dowiedzieliśmy się od tubylców, dlaczego nie możemy zlokalizować drobnicy. Okazało się, że przez ostatnie dwa lata rejon nawiedzały susze i woda w zbiornikach spadała poniżej poziomu pozwalającego na skuteczne tarło białej ryby. Tego nikt z nas się nie spodziewał. Kolejnym czynnikiem działającym na naszą niekorzyść miała być pełnia księżyca, która według bywalców baru ma wyjątkowo destrukcyjny wpływ na aktywność drapieżników.

szczupak z Hiszpanii

Orka na ugorze

Skoro nie było szans na znalezienie skupisk białorybu, pozostała nam improwizacja. Próbowaliśmy wertykalnego jiggingu w toni, metodą „on-line” opisaną kilka numerów temu przez Marka Szymańskiego. Próbowaliśmy rzutów na stokach i opukiwania dna. Wszystko bez pożądanego skutku. W końcu za radą Daniela postanowiliśmy obławiać wejścia do zatok i przewężenia między wyspami oraz wszystkie miejsca, w których widzieliśmy zapisy w poprzednich dniach. Taktyka ta przyniosła jakieś efekty. Trzeciego dnia rano Wiesław wyholował pierwszą rybę powyżej metra, a kolejnego dnia złowił szczupaka 109 cm, który okazał się największą rybą wyprawy. Padło też kilka ryb o długości koło 90 cm, a ostatniego dnia autorowi tego tekstu udało się wyholować szczupaka 103 cm. Co jakiś czas przyławialiśmy brzany, niestety w większości małe. Największa sztuka należała oczywiście do Wiesława – mierzyła 90 cm, co wywołało nawet poruszenie w naszym barze, gdzie telefon ze zdjęciem okazu był przekazywany z rąk do rąk.

Nie było to zbyt finezyjne łowienie. Bardziej przypominało koszenie trawnika. Każde rokujące miejsce obławialiśmy metr po metrze, w tę i z powrotem, czekając na moment, w którym ryby rozpoczną żerowanie. W tych ekstremalnych warunkach kluczowe okazało się idealne dobranie wszystkich elementów zestawu. Przynęty musiały być prowadzone na głębokości 10 m w odległości 50 m od łodzi. Próbowaliśmy różnych wariantów, ale ten właśnie okazał się zdecydowanie najskuteczniejszy. Za cienka lub za gruba linka zmieniała głębokość prezentacji przynęty i zmniejszała szanse na branie do zera. Przydało się doświadczenie z trollingu w polskich jeziorach sielawowych, gdzie trzeba było sprowadzać przynęty na podobne i większe głębokości. Gdy pakowałem przed wyjazdem 4 plecionki o różnej średnicy, zastanawiałem się, czy to nie przesada. Okazało się, że zdecydowanie nie – pozwoliły prezentować różne przynęty na odpowiedniej głębokości i odległości od łodzi. Szybko okazało się również, że aby skutecznie zaciąć brzanę, trzeba mieć długi przypon z fluorocarbonu i kij o bardzo głębokim ugięciu. Ryby te atakowały wabiki z taką siłą, że brak amortyzacji kończył się natychmiastowym spadem ryby, a nierzadko również rozgiętymi kotwicami.

***

Pod względem ilości i wielkości złowionych ryb wyjazd z pewnością nie należał do najbardziej udanych. Dzięki uporowi i hartowi ducha, pomimo ekstremalnie ciężkich warunków i niesprzyjających okoliczności udało się jednak złowić kilka ryb. Wróciliśmy bogatsi o sporo doświadczeń i z poczuciem sportowej złości. Najważniejsze jednak jest to, że podczas pożegnania obiecaliśmy sobie powrót i rewanż. Już zaczynamy rozmawiać o kolejnym wyjeździe i tym razem nie będziemy czekać kilka lat na realizację planów.

Ewaryst Sielecki

Artykuł ukazał się w numerze 11/2018 na stronie 8

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata – szczegóły tutaj.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy