wędkarze

Brodząc w łososiach

Zagęszczenie łososi w rzekach Kolumbii Brytyjskiej jest dla przybysza z Europy wprost niewyobrażalne.


Żywe dno

Tegoroczne lato było w Ameryce Północnej równie gorące jak w Europie. Dopiero w drugiej połowie października ciemną zieleń starego cedrowego lasu, porastającego strome zbocza głębokiego, górskiej doliny, ożywiły rosnące plamy żółknących klonów w ciepłych barwach kanadyjskiej jesieni. Meandrujący na dnie doliny zimny, krystalicznie czysty strumień Chilliwack, lewobrzeżny dopływ jesiotrowej rzeki Fraser, niósł w tym czasie wyjątkowo mało wody, świecąc jasnymi plamami odsłoniętych otoczakowych przykos i suchych koryt swych licznych odnóg. Siedmiu uczestnikom wyprawy „Wędkarskiego Świata” do Kolumbii Brytyjskiej, którzy właśnie przeprawiali się na drugi brzeg szeroko rozlanej płani, wartka woda sięgała zaledwie do kolan.

Trudno było jednak skupić się na samej przeprawie, ponieważ kamieniste dno strumienia żyło! Ciemne, wydłużone cienie przesuwały się powoli pod prąd, inne, nieruchome, wystrzeliwały nagle spod nóg, pozostawiając na powierzchni wody długą, spienioną smugę.

Łososie! Setki, tysiące dużych ryb wędrujących w górę strumienia na tarło! Posuwałem się powoli, krok za krokiem, po wielkich, śliskich otoczakach, dosłownie brodząc w łososiach! Widziałem z bliska to, co do tej pory mogłem oglądać jedynie na starych filmach przyrodniczych z dawnej Alaski. Rozglądałem się dookoła jak biedne dziecko ulicy, które niespodziewanie znalazło się w wielkim, eksluzywnym sklepie z zabawkami. I w tym momencie umarło jedno z moich wędkarskich marzeń, ponieważ… stało się ono rzeczywistością.

Jak świnki w Sanie

Wszedłem po kostki do wody i zarzuciłem wędkę tuż poniżej bystrza. Spławik stanął i niemal natychmiast się schował. Zaciąłem i… od razu zaczep. Mocno napiąłem wędkę i kilka razy szarpnąłem, a wtedy „zaczep” przesunął się o kilka metrów w dół rzeki, po czym zawrócił, podjechał w górę, do samego bystrza, i tam „zakotwiczył się” na dobre. Ciągnąłem z całej siły, ale nie ruszyłem łososia nawet o centymetr. Czego on się tam uczepił? I czym się trzyma, płetwami?! Kątem oka spoglądałem na łowiących obok kolegów. Prawie wszyscy mieli mocno wygięte wędki. Nagle mój łosoś pomknął jak strzała z prądem, odwinął ze trzydzieści metrów plecionki i się odhaczył. Już nie był mój – nawet go nie zobaczyłem. Szkoda, pierwszy i od razu porażka.

Zarzuciłem zestaw drugi raz, i trzeci, korygując grunt po każdym przepłynięciu. Gdy wyczułem rynienkę w środku koryta, od razu zaciąłem kolejną rybę. Tym razem potraktowałem łososia naprawdę twardo. Zrewanżował się natychmiast pokazem siły, dwukrotnie wyskakując z wody. Był wspaniały, wielki, szybki, pruł wodę w różnych kierunkach jak torpeda, ale nie uciekł mi zbyt daleko.

– Tylko ostrożnie, nie dociągaj go do kamieni. Nie zrób mu krzywdy. – instruował mnie Krzysztof. – Najlepiej chwyć łososia u nasady ogona i lekko go unieś, to odbierzesz mu napęd. Chinook, ponad piętnaście kilo, a więc jeszcze nie okaz. A teraz odhacz go i ustaw głową pod prąd, to szybciej odzyska siły i odpłynie.

Może i nie okaz. – pomyślałem – Ale chciałbym tylko takie „nieokazy” łowić przez całe życie! Na razie to życzenie spełniało się z nawiązką, bo łososie brały jak świnki w Sanie 30 lat temu.

Wyścig łososiem

Kolejna ryba, którą zaciąłem przy samym bystrzu, od razu ruszyła z impetem w dół rzeki, zostawiając za sobą spieniony kilwater, jak torpeda wystrzelona z okrętu podwodnego.

– Już masz go z głowy. – usłyszałem za sobą głos Krzysia.
– O czym on mówi? – pomyślałem. – Przecież mogę iść za łososiem do skutku.

I poszedłem, a właściwie pobiegłem, ślizgając się na otoczakowym dnie jak na lodowisku. Gdy dotarłem do zwężenia strumienia, strome brzegi zepchnęły mnie do głębszego tutaj koryta. Musiałem jak małpa czepiać się prawą ręką zwisających gałęzi drzew, bo woda sięgała mi już po uda, a silny prąd bez przerwy mnie podcinał, jak brutalny obrońca przed polem karnym. Łosoś okazał się ode mnie wyraźnie szybszy. Zapewne odwinął już ponad 100 metrów linki, bo zniknął za zakrętem strumienia i ani trochę nie zwolnił tempa ucieczki. Dalej już iść nie mogłem, więc dokręciłem hamulec. Łosoś siłą przygiął mi kij do wody i urwał przypon.

Wracałem jak niepyszny, ale po drodze znalazłem „winnego”.
– Ten wasz sprzęt jest za słaby. Teraz będę łowił swoim. – oświadczyłem przewodnikom tonem nie znoszącym sprzeciwu. Krzyś się tylko uśmiechnął, ale nie protestował. Uznał, że najlepiej nauczę się na własnych błędach…

Zmontowałem więc 100-gramową pałę „Beast Master” i założyłem morską Daiwę z 40-funtową plecionką, zakończoną przyponem z żyłki 0,50 (do wieszania bielizny). Teraz zatańczę z tymi łososiami!

Zarzuciłem wędkę niemal w samo bystrze, a na odpowiedź nie musiałem czekać ani chwili. Ogromna, gruba jak karp, brązowa samica kinga wyskoczyła z wody (abym wiedział, na co się porywam) i od razu ruszyła w dół, sprytnie wykorzystując najsilniejszą strugę nurtu. Próbowałem zatrzymać grubą rybę w miejscu, ale bez skutku. Trudno w to uwierzyć, ale po prostu nie starczyło mi siły. Moją jedyną szansą pozostało więc nie dać się wyprzedzić. Znów biegłem jak szalony po otoczakach, i gdy wydawało mi się, że wygram ten wyścig, łosoś gwałtownie przyspieszył i tak szarpnął wędką, że straciłem równowagę, a śliskie dno strumienia uciekło mi spod nóg. Upadając, wyrżnąłem kolanem o kamień i zwichnąłem dwa palce lewej ręki, ale mimo silnego bólu nie puściłem wędki. Leżałem jak kłoda w płytkiej wodzie, a łosoś szarpał kijem i nadal odwijał plecionkę. Po chwili linka trzasnęła – pewnie przetarła się o kamienie. Wróciłem „na tarczy”, mokry i skruszony, a wymowne spojrzenie Krzysztofa położyło kres skazanym na niepowodzenie eksperymentom.

Od tej pory, po zacięciu dużej ryby tylko napinałem linkę, ale niezbyt mocno. Łosoś od razu „włączał blokadę”, chytrze ustawiając swe szerokie cielsko w nurcie – jak latawiec na wietrze, a ja w tym czasie jak najszybciej schodziłem kilkanaście metrów poniżej niego.

Potem gwałtownie zwiększałem napięcie linki i na siłę próbowałem odwrócić mu pysk w kierunku brzegu. Gdy mi się to udało, nurt zaczynał spychać łososia do brzegu, a wtedy zawracał on szerokim łukiem w moim kierunku, usiłując rozpędzić się i uciec z prądem w dół rzeki. Jeśli choć na chwilę znajdował się w zasięgu ręki, chwytałem go za ogon i było po walce. Gdy jednak omijał mnie zwodem i dopadał nurtu, pozostawało opuścić kij i czekać, aż puści któryś z elementów zestawu. Coś zawsze puszczało: haczyk, przypon, lub linka główna – nie było na to rady.

Najpiękniejszy film świata

Moi koledzy, łowiący ramię w ramię, także nie tracili czasu. Co kilkanaście minut słychać było okrzyki radości i kolejne „meldunki” o poprawieniu rekordu życiowego. Rzucałem wtedy wędkę (co nie było łatwą decyzją…) i biegłem na złamanie karku z aparatem, aby sportretować łowcę i rybę, tuż przed jej powrotem do wody. A było co fotografować! Brały same duże ryby – nie widziałem kinga mniejszego niż 8 kg, dominowały zaś ryby 12-15-kilogramowe, a największe dochodziły do 20 kg.

Niekiedy chinook salmon ustępowały miejsca swym mniejszym kuzynom – łososiom keta, zwanych w Kanadzie chum salmon. Kety wchodziły do naszej rynienki w dużych grupach. Były nieco mniejsze (6-8 kg), ale chyba ładniejsze, z fioletowym deseniem na bokach, i nie mniej waleczne.

To wszystko dokładnie powtarzało się każdego dnia. W ciągu czterech dni wędkowania w Chilliwack River każdy uczestnik wyprawy WŚ wyholował kilkadziesiąt dużych łososi, nie licząc co najmniej drugie tyle ryb wyhaczonych lub zerwanych. Nie popsuła znakomitych brań łososi ani słoneczna pogoda, ani skaczące ciśnienie, księżyc taki czy owaki, ani nawet rażąco niski stan wody. W Kolumbii Brytyjskiej nie działają żadne wyssane z palca teoryjki. Tu ryby świetnie biorą każdego dnia – tylko dlatego, że jest ich w łowiskach bardzo dużo. Kolejny raz potwierdza się głoszona przez nas teza, że ryby nie biorą tylko tam, gdzie ich nie ma.

Mógłbym codziennie, godzinami, stać lub spacerować nad strumieniem Chilliwack, nawet bez wędki, i obserwować kolejne fale ryb, wędrujące powoli pod prąd, ryby średnie, duże i bardzo duże, ciemne i jasne, widoczne w przezroczystej wodzie jak na dłoni, wchodzące setkami do każdego głęboczka i wychodzące z niego niekończącym się szeregiem. Widziałem samce kety, które ostrymi, zakrzywionymi zębami zadawały sobie głębokie rany w swej ostatniej walce o samicę. Obserwowałem z bliska, na wyciągnięcie ręki, łososie, które z samobójczym poświęceniem wpływały rozpędem do wysychającego strumyka i wężowymi ruchami parły w górę, trąc brzuchem o kamieniste dno, aby spłacić dług zaciągnięty tutaj przed kilkoma laty i dać życie nowemu pokoleniu.

Miałem wrażenie, że oglądam niekończący się film, przygnębiający a zarazem wzruszający, najpiękniejszy film świata, który jest dziełem najlepszego z reżyserów – Natury.

Do rzeki Fraser i jej dopływów wchodzi z Oceanu Spokojnego 5 gatunków łososi pacyficznych (Oncorhynchus) oraz blisko z nimi spokrewniony steelhead – wędrowny pstrąg tęczowy. Ich cykl życiowy jest podobny do cyklu życia naszych łososi (Salmo): od zapłodnionej ikry, zagrzebanej przez samicę w gnieździe na żwirowatym dnie strumienia z zimną, dobrze natlenioną wodą, poprzez wylęg i narybek dorastający tam do stadium smolt – niewielkich rybek, które spływają do oceanu i rozpoczynają intensywne żerowanie, rosnąc niezwykle szybko, aż do okazałych, pięknych ryb – tarlaków, powracających po kilku latach do macierzystym strumienia, aby dać życie nowemu pokoleniu.

Łososie pacyficzne, w przeciwieństwie do atlantyckich, trą się jednak tylko raz w życiu, a w 2-3 tygodnie po tarle wszystkie giną. To pozorne marnotrawstwo natury ma jednak głęboki sens. Mięsem milionów padłych łososi żywią się bowiem nie tylko jesiotry, orły, rybołowy czy niedźwiedzie, ale przede wszystkim potomstwo tych szlachetnych ryb – dorastające w strumieniu malutkie łososiki. Nie ma chyba w naturze przykładu większego poświęcenia rodziców dla swych dzieci.

Jacek Kolendowicz

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy