Sandaczowe stop & go

Wrześniowy schyłek lata to czas, na który bardzo czekam. Letni sandaczowy letarg, który niezbyt
zachęcał do poszukiwań mętnookich Drakul, dobiega końca i zaczyna się dla mnie czas na
„szybkiego” sandacza.

Coraz zimniejsze noce, niższa temperatura w dzień, wychładzająca się woda – to wszystko sprawia, że sandacze budzą się i coraz śmielej żerują. Mało tego, są wówczas silne, dobrze odpasione, ale, co równie ważne, nieociężałe i chętne do uganiania się za szybkim i zwinnym wabikiem, jakim niewątpliwie jest wobler twitchingowy.

TAKTYKA

Dlaczego twitching? Otóż w mojej ocenie jest to metoda, po którą przynajmniej na moich wodach rzadko kto sięga w poszukiwaniu sandaczy. Dzięki temu ryby nie są opatrzone. Gumy? Ryby widziały już chyba wszystko. Po trzech miesiącach „gumowych ekspedycji” są bardzo ostrożne, a opadający, pukający o dno wabik to coś co najmniej podejrzanego. Duże, ostrożne ryby, a takich szukam przede wszystkim, są bardzo podejrzliwe i można je przechytrzyć tylko czymś, czego jeszcze nie posmakowały. Ale dlaczego właśnie twitching? Otóż po letnich upałach bywa, że woda jest jeszcze mocno mętna, trącona, przez co szukać trzeba przynęt, które oprócz wyglądu mają jeszcze głośną pracę, a tego akurat twitchom odmówić nie można. Nie dość, że generują ruch, to jeszcze są bardzo głośne, a to niesamowicie działa na coraz aktywniejsze ryby, które nawet gdy nie widzą wabika, a słyszą, zaczynają go szukać.

Ciąg dalszy artykułu autorstwa Łukasza Adamiaka na stronie 14 WŚ 09/2022.

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata – szczegóły tutaj.

Autorzy