sum-włochy

Wyprawa Po 2 sumy

Czy można nie cieszyć się z 80-kilogramowego suma? Można – gdy Twój „kolega” kwadrans wcześniej złowi trzycyfrówkę…

To była mała, kameralna wyprawa – Maciek Rogowiecki, Paweł Netiacha i ja. Celem była wizyta w austriackim wallerkampie (czyli obozie łowców sumów), gdzie pod opieką przewodnika mieliśmy spróbować miejscowych technik łowienia sumów, a także rozpoznać warunki łowiska i bazy turystycznej pod kątem przyszłych wypraw wędkarzy z Polski. Jadąc do Włoch, nawet nie przypuszczałem, że jeden z czterech dni spędzonych w delcie Po zajmie 1. miejsce w mojej wędkarskiej kronice.

Nie obiecywałem sobie zbyt wiele – ubiegłoroczna, pionierska wyprawa moich przyjaciół – Roberta Zawarskiego i Maćka Jagiełły pokazała, że Po – czyli włoski Pad – jest rzeką wielką i trudną,  nie gwarantującą suma nawet takim sumowym tuzom jak Maciek, który – nawiasem mówiąc – może się pochwalić jedynym złowionym tu w ciągu ostatnich 20 lat jesiotrem. Regułą bowiem jest, że najtrudniej dobrać się do skarbów wody wielkiej, rozległej i mało czytelnej. A Pad właśnie taki jest. Najpiękniej wygląda rankiem, gdy słońce powoli wygrzebuje się z mgły.

Wówczas nawet posadzone przy sznurku wszechobecne lasy topolowe wydają się urodziwsze niż są w istocie, a industrialne fragmenty brzegu są bardziej dostojne i groźne, niż brzydkie. Brzegi, choć noszą ślady starych regulacji, sprawiają wrażenie naturalnych. Woda płynie tu wolno jak na wyobrażenia rzecznego wędkarza, a warkocze przy krótkich masywnych ostrogach widoczne są tylko na bardzo ostrych zakrętach mocno zwężających rzekę. Takie miejsca znajdziemy tu jednak rzadko, co 30–50 km, i możemy w nich spodziewać się przykos schodzących z 5 metrów na…25. Generalnie Pad jest prawie prosty, rozległy i dostojny. Cywilizacja zachodu wraz z silnie rozwiniętą żeglugą nie dodaje rzece uroku, choć równowagą dla potężnych umocnień i straszących co i raz stalowych konstrukcji jest wyraźnie odczuwalna wędkarska atmosfera – może raczej rybacko-wędkarska, gdyż na prawie wszystkich łodziach stojących bądź samotnie przy brzegach, bądź też stadnie w prymitywnych przystaniach, zamontowane są olbrzymie podrywki – sprzęt stosowany od wieków w nieco mniej wyrafinowanej formie przez wiślanych kłusowników. Co kilkanaście kilometrów widać jednak bardziej nowoczesne wędkarskie formy – przy solidnych pomostach cumują duże płaskodenne łodzie wyposażone w dobre silniki, a firmowe solidne uchwyty trzymają potężne 500-gramowe wędziska uzbrojone w kołowrotki, na które nawinięte są linki widoczne z kilometra. Zarówno pomosty, jak i pokłady łodzi wysmarowane są zaschniętą mieszaniną gliniastego błotka i sumowego śluzu. Ten, dla zwykłego śmiertelnika mało estetyczny widok, rasowemu sumiarzowi musi podnieść ciśnienie. Widać, że wąsaty drapieżca jest prawdziwym władcą Po. Brzeg i dno Padu to lekka glinka z dużą ilością połyskującej w słońcu krzemionki. Woda jest mętna, zielonkawa – typowo sumowa. Wszystko tu jest sumowe…

Camp w Serravalle prowadzą Austriacy – Herman, Walter i Otto, a ten ostatni uznawany jest w środowisku za jednego z najlepszych sumowych przewodników. Widać, że Otto kocha sumy – na piersiach nosi złotą miniaturę kwoka, a gdy mówi o wędkarzach zabijających te piękne ryby, ma zaciśnięte zęby i łzy w oczach. Właściciele kampów w Delcie Po zawarli nieoficjalne porozumienie o nie przyjmowaniu za żadne pieniądze wędkarzy zabijających sumy – istnieje aktualizowana co roku czarna lista takich łowców skazanych tu na banicję. Dopuszczalne jest jedynie zabranie niewielkiego, kilkudziesięciocentymetrowego sumka na kolację. I dzieje się to w kraju, gdzie sum jest rybą wyjętą spod prawa i nie uznawaną wędkarsko przez miejscowych wędkarzy – Włosi łowią w Po tylko karpie, sandacze i cefale – bezłuskie ryby ich w ogóle nie interesują…

Małe Po

Serravalle leży w dobrym miejscu – to właściwie początek Delty. 200 metrów poniżej przystani Austriaków od głównego koryta Po odbija w prawo „mały Pad” – odnoga o szerokości 50–70 metrów i „sumowej” głębokości od 4 do 9 metrów.

Małe Po przypomina mi francuską Saonę, ale w odróżnieniu od niej wolno tu łowić na trolling. Tu w ogóle wszystko wolno. Gdyby nie zwyczajowy zakaz zabijania sumów, to polscy mięsiarze mieliby tu raj – rozstawienie bowiem 20 zestawów przysparza prestiżu i budzi podziw innych wędkarzy, zaś na hakach wiesza się wszystkie możliwe wynalazki: od kalmarów, poprzez małże, na karpiach skończywszy. A króluje wymiarowy węgorz. Przynętowe węgorze kupuje się w sklepie wędkarskim po 2 euro za sztukę. A jeśli ktoś nie radzi sobie z wędziskiem, to podrywka z pewnością zaspokoi wszelkie kulinarne potrzeby wybrednego smakosza.

Mały Pad, mimo że prawie nietknięty przez meliorantów, jest sztucznym łowiskiem. Powstał wskutek wydobywania gliny. Do tej pory na echosondzie widać ślady po wykopach, bo choć płynąca rzeka wyżłobiła sobie wyraźne koryto, to jednak na zakolach z prawie stojącą wodą pozostały utworzone przez koparki nieregularne kratery o poszarpanych i prawie pionowych ścianach. Brzegi są mocno zarośnięte, a wodę okraszają liczne zwaliska – ograniczające miejscami szerokość rzeki do 30–40 m. Właśnie przewężenia rzeki ze zwaliskami okazały się później warte szczególnej uwagi. Już podczas pierwszego rekonesansu z Otto, czuję każdą swoją komórką sumiarza, że tu trzeba łowić na trolling i jest to metoda, która musi być skuteczniejsza od spinningu i równie dobra jak żywcowe sposoby preferowane przez przewodników z wallerkampów. A te metody niewiele mają wspólnego z naszą poczciwą żywcówką.

W sumie piękna metoda

Z łowienia na przynęty naturalne najbardziej spodobał mi się drifting. Przypomina on metodę podpatrzoną przeze mnie u białoruskich wędkarzy na Prypeci. Łowi się z wolno spływającej łodzi ciężkim zestawem spławikowym ustawionym tak, by przynęta – zwykle żywy węgorz lub karp, unosiła się wyraźnie nad dnem (od 0,5 m w górę), bądź też zestawem gruntowym bez spławika (w tym przypadku przynętą jest węgorz, pęk małży bądź kalmary). Ten ostatni sposób umożliwiający bardzo dokładną penetrację wszelkich dennych zakamarków jest skuteczny zwłaszcza podczas spadków ciśnienia, gdy wąsate tkwią przyklejone do dna i ciężko je sprowokować do ataku jakąkolwiek przynętą. Podczas driftingu ze spławikiem najskuteczniejszy jest swobodny spływ zestawu. Natomiast zestawem gruntowym łowi się poprzez łagodne podnoszenia i opuszczanie przynęty na dno. Wędkę trzyma się cały czas w ręku, a druga ręka często obsługuje kwok zwany tu z węgierska kutią. Oczywiście jeśli ktoś umie się tym piekielnym urządzeniem posługiwać, bo przyznaję uczciwie, że mi jeszcze nigdy nie udało mi się zakwoczyć tak, bym otrzymał zadowalający dźwięk i nie był cały ochlapany wodą. W sumie jest to piękna i sportowa metoda.

Poza dryftingiem bardzo popularne jest tu łowienie na zestawy z bojką opisane przez Maćka Króla w tekście pt. „Król Caspe” w nr 5/2004. Stosuje się taki sam sprzęt jak przy drifftingu, ale łowi się z brzegu. Do stacjonarnego połowu z łodzi bojki nie są potrzebne.

Łowienie z bojką uważane jest tu za najbardziej efektywną metodę połowu sumów. Umożliwia bardzo precyzyjne podanie żywca – najczęściej na kancie z 7 na więcej metrów. Poza tym za pomocą tej metody można spacyfikować cały atrakcyjny zakręt rzeki, ustawiając kilkanaście zestawów. Ponieważ rozłożenie tej maszynerii jest bardzo pracochłonne, to wyprawy z bojką są najczęściej wielodniowe i przypominają swoim klimatem zasiadki karpiowe. Brań można spodziewać się podczas całej doby, ale najbardziej cenione są godziny od 17 do 24. Nocą, zarówno na spławiki, jak i szczytówki wędzisk, zakłada się świetliki – bez świetlików przy tej liczbie zestawów trudno zorientować się, który spławik zniknął pod wodą. Dodatkowo na szczytówkę zawiesza się grzechotki. Reasumując – przy tej metodzie sumy nie mają żadnych szans. Tym bardziej że przy stosowanym tu sprzęcie nie istnieje opcja „zerwania zestawu”. Spinningistę zapewne zrazi nieco mała aktywność wymagana od wędkarza, ale z drugiej strony sumowa drzemka (w której gustował zwłaszcza Maciek Rogowiecki, ochrzczony przez nas wdzięcznym przezwiskiem Slipping Fisherman) nad świecącymi zestawami też ma swój urok.

180 kg na pokładzie

Trzeciego dnia chcemy trochę odpocząć od węgorzy, bojek i kalmarów, i nową, smukłą łodzią ruszamy na trollingowe „co nie co”. Po kwadransie jestem przekonany, że małe Po zostało… wykopane na zamówienie trollingowców. Kilkusetmetrowe odcinki płytkiej, 2-3-m wody przedzielone są 200–300-metrowymi rynnami o głębokości 4,5 – 7 m z sąsiadującymi z nimi dołkami o głębokości do 10 m. Najgłębszy i bardzo rozległy dół opanowany przez żywczarzy miał 18 metrów. Ze względu na ograniczony czas trolujemy tylko w tych najgłębszych rynnach. Kilka kilometrów od przystani, w Ariano, małe Po przecinają dwa mosty. Serce zaczyna mi bić szybciej, gdyż wiem, że wszelkie tego typu budowle są lubiane przez sumy. Poza tym, gdy poprzedniej nocy wracaliśmy z Otto z sumowej nocki, właśnie tutaj widać było najwięcej drobnicy.

200 m powyżej pierwszego mostu zaczyna się piękna 7-metrowa rynna – płyniemy z prądem, starając się trzymać głównego koryta. Gdy wchodzimy pod most, na ekranie sondy widać ciekawy uskok do 9 metrów, później wypłycenie do 6 i znów spadek do 10 m. I właśnie gdy wpływaliśmy łodzią na drugi spadek, o mało nie ogłuchłem od ryku Maćka. Jego wędkarskie „Jest!” było najgłośniejszym, jakie w życiu słyszałem. I choć nie przepadam na ogół za sytuacjami, w których inni na łodzi łowią, a ja nie, to tym razem czułem, jak spadający z serca kamień wali o pokład łodzi. W końcu zaproszono mnie tu, bym pokazał, jak się łowi sumy, i „oto bez Otto” Maciek zacina rybę, łowiąc wybraną przeze mnie metodą i z prowadzonej przeze mnie łodzi. Czuję się trochę jak pół przewodnika, a dla przewodnika każda złowiona przez ekipę ryba ma podwójną wartość.

Tak jak zwykle trudno ocenić wielkość suma w pierwszych minutach holu, to tym razem nie mam wątpliwości, że ryba jest duża, pomimo że sprzęt Maćka jest zaledwie „półsumowy”: Baitrunnera 5000 i plecionkę 0,28 mm można bowiem porównać do „pół litra na trzech”, czyli ani to na sandacza, ani na suma. Ale na szczęście z łodzi taki sprzęt pozwala na więcej niż z brzegu.

Manewruję łodzią tak, by mieć suma możliwie blisko, ale powyżej łodzi, jednak ten nie bardzo daje się ściągnąć z prądem. Strofuję Maćka za zbyt delikatny hol – blisko są mosty i jakaś przystań. Boję się, że ryba w coś wpłynie i będzie po zawodach. Przejmuję na chwilę wędzisko, pokazując Maćkowi, na czym polega sumowy hol. W tym momencie odkleja się korkowy dolnik od blanku. Pośpiesznie oddaję wędzisko, żeby nie było na mnie, tym bardziej, że ryba walczy z jakąś niespotykaną dotychczas mocą – boję się, że coś strzeli i Maciek wyrzuci mnie za burtę.

Gdy w pierwszych minutach holu Paweł spytał mnie, ile ten sum może mieć, odpowiedziałem, że 30 na pewno, ale co powyżej, to powiem, jak go zobaczę. No i zobaczyłem. Po 40 minutach holu Maciek podciągnął do powierzchni coś, czego się przestraszyłem. W jednej sekundzie szlag trafił cały ustalony przez dziesiątki podebrań w Polsce plan lądowania suma, gdyż wiedziałem, że przy swoich 60 kilogramach czegoś takiego po prostu nie wrzucę gołymi rękami do łodzi. Sytuację pogarszał brak w tym miejscu wygodnego brzegu, na który można byłoby wyciągnąć tego potwora. Ale coś jednak trzeba było zrobić, tym bardziej, że ryba miała wyraźnie dość, ale nie wiadomo na jak długo. Poza tym na moście zgromadziła się taka liczba gapiów, że szczęśliwe wyholowanie suma stało się sprawą honoru biało-czerwonej ekipy. Dobiłem do brzegu i złapałem suma pod płetwy piersiowe. Z trudem odpędziłem myśl, co będzie jeśli wąsatemu przyjdzie nagle ochota do dalszej walki. Niestety, jedno co mogłem, to trzymać suma w objęciach, gdyż ryba była za wielka, bym mógł z nią cokolwiek zrobić. Dopiero we dwóch z Maćkiem – wspomagani jeszcze przez Pawła – wtaszczyliśmy rybkę do łodzi.

Nie dość, że bestia była monstrualna, to jeszcze miała nieznane mi proporcje. Już wcześniej dziwiłem się, że ryby z Po są szerokie jak szafy. Największy sum Otto przy długości 230 cm ważył 95 kg. Rekord kampu 244 cm ważył 120 kilogramów. W tej temperaturze sezon żerowania sumów trwa tu 9 miesięcy, a na tłustej diecie złożonej z karpi i cefali, których są tu miliony, wąsate szybciej tyją niż rosną.
Nie mamy czym zważyć ryby. Ściągnięcie tu Otto nie wchodzi w grę, bo jest za gorąco i chcemy jak najszybciej uwolnić suma, żeby nam nie wykorkował. Mierzymy go metrową miarką Pawła i wyciągamy średnią z trzech pomiarów – 237 cm. Maciek zachowuje się tak, jak zachowuje się każdy normalny facet po złowieniu 100-kilogramowej ryby, czyli jak wariat. Śmieje się, krzyczy, płacze i nie wierzy w rybę, którą widzi. Ja natomiast wiem, że dalsze łowienie nie ma sensu, gdyż koleś już „pozamiatał” imprezę. Pierwszy jego sum na spinning i od razu rekord, za którym najlepsi przewodnicy pływają tu latami… W wędkarstwie nie ma sprawiedliwości…

Szybko robimy zdjęcia, choć fotografii z taką rybą nie da się zrobić zbyt szybko. Przy okazji dociera do mnie, dlaczego wielkie ryby z Ebro, Ilii, Wołgi czy Po, zawsze fotografowane są w wodzie. Do tej pory zastanawiałem się, jaką przyjemność znajdują dorośli faceci w taplaniu się w mieszaninie błota i sumowego śluzu. Teraz już wiem, że takiej ryby po prostu nie da się podnieść na brzegu, jeśli nie chcemy jej zamordować. A poza Polską takich ryb się nie morduje. Wypuszczamy naszą zdobycz… przepraszam Maćka zdobycz, ale tak już jest w sumowym wędkarstwie, że złowienie dużej ryby jest zawsze sukcesem zespołu. Tu wszyscy mają co robić i błąd każdego z członków załogi może doprowadzić do straty suma. Tutaj tego błędu nie było.

Nie,  to niemożliwe

Umordowani wypuszczamy zestawy i spływamy poniżej mostów. Gdyby trzeba było spinningować, to wątpię, czy by nam się chciało. Spoglądam na echosondę, jest stosunkowo płytko – 4,5 m, a poniżej kawałek wyrwanej w brzegu burty z karczem na środku i głęboką, prawie 10-m wodą. Dzień wcześniej Otto bardzo polecał nam to miejsce. Coś chce ukręcić mi kręgosłup.  Uderzenie w wobler nie robi na mnie jednak większego wrażenia – ale w kwadrans po sumie Maćka musiałbym zaciąć lokomotywę, by drgnęła mi chociaż powieka. Głośno szacuję sumka na ok. 15 kilogramów. Jest szybki i żwawy. Gdy udaje mi się go podholować pod łódź, zaczynają się kłopoty. Mam krótki, dobry do siłowego holu kij, na nim kawał multiplikatora z grubym sznurkiem, więc mogę sobie pozwolić na wiele – ale nie pozwala mi na to ryba. Nie bardzo rozumiem, co się dzieje. Widocznie jestem już za stary i za słaby na łowienie sumów, skoro nie mogę sobie poradzić z rybką, która zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa nie może mieć przecież dwóch metrów.

Zapieram się z całych sił, a ryba dalej kołuje na wybranej przez siebie głębokości, nie dając się podnieść nawet o milimetr. Dopiero po kwadransie morderczych zapasów widzę bąble na wodzie i po chwili sumisko pozwala się zobaczyć. Uginają się nogi pode mną, bo na pierwszy rzut oka wydaje się nie mniejszy od poprzedniego. Wobler tkwi gdzieś głęboko w paszczy, więc decyduję się wziąć go sumowym chwytem za szczękę. Zapieram się nogami o krawędź podłogi w łodzi i starając się postępować zgodnie z zasadami zawartymi w mojej własnej książce – z największym trudem wrzucam suma do łódki. Przez kilka następnych minut daję popis emocji nie gorszy niż Maciek, wzbogacając jego repertuar o ryki dzikiego człowieka,  mimo że troszkę sumów już w życiu złowiłem.

Rybę szacuję na 70 kilogramów – jest jeszcze grubsza niż maćkowa, ale mierzy zaledwie 210 cm. Na brzegu pojawia się Otto – nie wytrzymał i przyjechał samochodem, trafiając na końcówkę drugiego holu. Z przekonaniem mówi, że sum ma bite 80 kg z dokładnością do dwóch – trudno mu nie wierzyć – w swojej dziesięcioletniej karierze przewodnika zważył już wiele takich ryb. Pokazuję mu na wyświetlaczu fotki Maćkowej ryby – jest wyraźnie poruszony – takiego potwora jeszcze nie złowił mimo, że łowi średnio 2 tony sumów w sezonie. Jakoś dobrze rozumiem jego poruszenie…

Robimy kilkaset zdjęć – Otto twierdzi, że gdy sum jest w wodzie, sesja może trwać dowolnie długo. O dobrej kondycji świadczy choćby to, że pod koniec sesji potwór zaatakował moją rękę nieopatrznie podstawioną mu pod pysk, gdy odwracaliśmy go do kolejnego ujęcia.

***

Na brzegu trwa fiesta: wszyscy są szczęśliwi: Maciek, bo już nie musi łowić żadnych ryb, a nawet nie powinien, Otto, bo dwa sumy tego kalibru złowione w ciągu dwóch godzin przez jedną ekipę muszą odbić się mocnym echem w sumowym światku wallerkampów, ja bo to w końcu mój życiowy rekord, a podbieranie stówki też nie jest dla mnie codziennością. Pojawia się również pytanie: czy aby regularnie łowić 2-metrowe ryby trzeba naprawdę przejechać 1400 kilometrów? Czy u nas, na Wiśle, niemożliwe jest już to, co jeszcze kilka lat temu było sumową codziennością, kiedy to noc z trzema rybami na pokładzie nie była czymś nadzwyczajnym, a Darek Małysz skwitował urwanie 2-metrowca i wyjęcie swojej pierwszej „dwudziestki” słowami: – A na ch… mi ta Wołga. Myślę, że w najbliższych latach duże szanse na otrzymanie statusu dobrego sumowego łowiska mają górne odcinki Odry i Wisły. Tam albo nie ma żadnej gospodarki i tradycji kłusowniczych, albo jest gospodarka z prawdziwego znaczenia. Na Wiśle środkowej zbyt dużo jest czynników szkodzących rybom – od służalczych ichtiologów gotowych podpisać każdą bzdurę za parę groszy, poprzez działaczy żyjących jeszcze w głębokiej komunie, po kłusowników korzystających skwapliwie z możliwości, jakie daje woda bez należytej ochrony. Nie bez wpływu na brak możliwości rozwoju sumowej turystyki ma u nas społeczne przyzwolenie na kłusownicze praktyki i powszechne jeszcze wśród wędkarzy zabijanie dużych ryb. Dopóki te wszystkie choroby nie zostaną wyeliminowane, to będziemy skazani na wydawanie pieniędzy za granicą.

Tekst i fot. Marek Szymański

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy