Tammisari

Tammisari – Przyjazny archipelag

Już z okien samolotu Finlandia nie pozostawia złudzeń, że woda i ryby oraz drewno muszą być dla jej mieszkańców największym bogactwem. Pierwsze wrażenie jest płaskie i szarozielone. To nie górzysta i surowa przyroda Szwecji. Tu raczej wyczuwa się spokój i monotonię naszych mazurskich krajobrazów – tylko że miejscami dominacja szarych oczek nad zielonymi plamami jest niespotykana na naszym podwórku. Byłem w Finlandii pod koniec września i poza spodziewaną obfitością wody (bo w końcu, jak nie tu, to gdzie) największe wrażenie zrobiła na mnie soczysta  zieleń, nie zduszona letnim kurzem i nie pomalowana jeszcze jesiennymi chłodami. Zanim jednak skosztowałem trochę tych bogactw z wędką w ręku, prosto z lotniska pojechałem do Vaaksy.

Vaaksy i mieszczącą się tu fabrykę Rapali zna każdy szanujący się Fin. Pierwsze, co uderza i co różni fińskiego potentata od innych renomowanych producentów woblerów, to metry i hektometry pociętej w klocki sprasowanej balsy i cedru. Z tej pierwszej wyrabia się większość znanych nam modeli woblerów, zaś twardy cedr służy do wyrobu serii Magnum przeznaczonych do połowu największych i najbardziej zębatych oceanicznych, morskich i jeziorowych drapieżców. Sama fabryka wygląda jak fabryka, choć nieregularne kształtki Fat Rapów, Shad Rapów i Oryginali wypadające z obrabiarek, w których uchwytach zamocowane są listwy balsy, robią spore wrażenie. Finowie oprowadzają nas po fabryce według ustalonego klucza, czyli tak… byśmy zobaczyli tylko tyle, ile trzeba. Nie wolno nam fotografować szczegółów, a w biurze konstrukcyjnym, w którym na ekrany komputerów przenoszone są najbardziej wymyślne koncepcje testerów Rapali, grzecznie, ale stanowczo każą nam w ogóle wyłączyć aparaty. W końcu dyrektor fabryki – Arto Nygren pozwala na pozowane zdjątko jednego ze swoich konstruktorów przy pracy. Nie dane nam też zobaczyć lakierni – widzimy tylko przygotowalnię do lakierowania, pracę automatów malujących oczy, ciapki i kropki. Pobieżnie tylko przechodzimy przez dużą halę, gdzie produkuje się… maszyny wyłącznie na potrzeby Rapali. Tutaj mam wrażenie, że gdybyśmy na to pozwolili – założono by nam opaski na oczy.

Czy Rapala to tylko moloch i krwiożerczy koncern żerujący na słabościach biednych wędkarzy na całym świecie? Chyba nie tylko. Zwiedzając muzeum i ściskając rękę sędziwego Enzio Rapali, syna i zarazem najpilniejszego współpracownika słynnego Lauri Rapali – czuję, że Rapala to również kawał starannie kultywowanej wędkarskiej tradycji. Taką tradycję czuje się jedynie zwiedzając prawdziwych dinozaurów – czułem ją, oglądając starego Mitchella 300 w fabryce leżącej pod Mount Blanc, czy podziwiając pierwsze Ambassadeury w Svängsta.

Tammisari

Ta przyjemnie brzmiąca nazwa archipelagu odpowiada jego urodzie i nastrojowi. Gdybym miał jednym zdaniem określić różnicę pomiędzy znanym mi dobrze szwedzkim archipelagiem Nynäshamn a Tammisari, to powiedziałbym, że ten drugi jest bardziej jeziorowy i liściasty. Skały mniej śmiało wynurzają się z bujnej zieleni i stanowią do niej niejako dodatek. W Szwecji skały rządzą krajobrazem, a kurczowo trzymające się ich pokręcone sosenki, mchy i wrzosy są ostrzejsze w odbiorze, choć nie mniej urokliwe niż bogactwo lasów Tammisari. Tu lasy chcą wejść do wody, a po wyjściu na brzeg można dostać szoku od bogactwa grzybów, borówek i jagód. Mam wrażenie, że w Tammisari można spędzić najtańszy wędkarski urlop, gdyż całe wyżywienie można tu znaleźć i złowić.
Łowić jednak nie można za darmo. Morze jest podzielone na rejony, w których obowiązują oddzielne opłaty i za tygodniową przyjemność z wędkowania trzeba zapłacić na poczcie ok. 20 euro. Na wodzie pojedyncze łodzie wędkarzy, większość z nich łowi stacjonarnie i nastawia się na okonie, z których Zatoka Fińska słynie. Woda jest klarowna, ale brunatna i różni się znacznie odcieniem od niebiesko-zielonkawej wody znanej mi ze szwedzkich szkierów.

Naszą bazą jest duży fiński dom leżący kilometr od portu w Timmisari. Dom jest na tyle obszerny, że bez problemu mieści przewodników, redaktora naczelnego Andrieja … i fotografa z magazynu Elite Rybałow, naszego tłumacza i przewodnika Toibo Kajalajnena  oraz dyrektora Rapali od kontaktu z prasą – Teemu Makelaego. Nasi fińscy przewodnicy są typowo skandynawscy – dobrze ubrani i znakomicie wyposażeni w sprzęt, a poza tym potrafią posługiwać się wszystkimi typami przynęt, choć w pudłach dominują Rapala i Storm.

W Tammisari łowiliśmy dwa dni i muszę przyznać, że to łowisko pozostawia po sobie dobre wrażenie. Może bez fajerwerków, ale jednak szczupaków można się nałowić. Na każdej łodzi codziennie meldowało się kilkadziesiąt zębaczy, a na górkach podwodnych wyłowiliśmy się do woli średniej wielkości okoni. Pierwszego dnia złowiłem ponadmetrowego szczupaka i to na zupełnie nowy rodzaj przynęty, padły też dwie czwórki, a więc jak na typowo rekreacyjne łowienie wyniki były całkiem przyzwoite. Tak bogate łowisko zawsze daje okazję do spróbowania czegoś nowego i do ciekawych obserwacji, zwłaszcza gdy łowi się w międzynarodowym towarzystwie.

Największe wrażenie zrobiły na mnie umiejętności Teemu. Łowił średniej mocy zestawem z niskoprofilowym multiplikatorem, którym władał po mistrzowsku. A trzeba wiedzieć, że łowienie na sfalowanej wodzie w szybkim dryfie to nie jest zajęcie dla ślamazarnych i słabych technicznie spinningistów. Tu trzeba być szybkim i bardzo celnym, mieć kilka sprawdzonych przynęt na wodę o różnej głębokości i podczas dopływania do łowiska choćby rzucić okiem na sondę, by dowiedzieć się, jaka jest ta głębokość i jak się zmienia. W kilkusetmetrowym pasie trzcin jest zazwyczaj tylko kilka miejsc, w które warto posłać wabik. Są to miejsca widoczne – minizatoczki, skała wchodząca w morze, stary zrujnowany pomost, ząbek trzcin wychodzących nieco dalej w wodę – wszędzie, gdzie zachwiana jest harmonia trzcinowiska można się częściej spodziewać szczupaka niż gdzie indziej. Gdy w łodzi jest czterech wędkarzy, to sukces zależy nie tyle od techniki prowadzenia przynęty, gdyż fińskie szczupaki nie są zbyt wybredne, ale od tego, kto pierwszy poda przynętę w odpowiednie miejsce. I trzeba przyznać, że Teemu, z którym miałem przyjemność łowić drugiego dnia, był godnym przeciwnikiem.

Krótkie szarpnięcie

Teemu łowił specyficzną techniką, której skuteczność potwierdza tylko to, co pisałem kilka miesięcy temu, gdy porównywałem jerki do lekko obciążonej gumy. Ta technika to nic innego niż jerkowanie, tyle że Teemu w ten sposób prowadził każdą przynętę – wahadłówkę, dużą gumę i wobler Magnum. Zarówno moje doświadczenia, jak i obserwacje tego, co prezentował nasz fiński przewodnik, dowodzą, że skuteczność jerków to nie skuteczność określonej przynęty, a jedynie skuteczność techniki, która na szczupaki jest równie efektywna jak „sandaczowy” opad. Skąd się więc wzięła tak dobra opinia o jerkach – ano stąd, że większości woblerów bezsterowych nie można prowadzić inną techniką niż właśnie krótkimi szarpnięciami. Teemu najwięcej ryb złowił na 45-gramowy riper Storma, natomiast ja najwięcej brań miałem na 25-cm riper uzbrojony w 22-g główkę i dozbrojony dwiema kotwicami. Jednak pogodził nas nowy, jak się okazało bardzo udany riper Storma Suspending. Ten wolno tonący stwór składa się z oblanej gumą plastikowej i odpowiednio obciążonej wydmuszki. Przy masie 43 lub 54 gramów tonie bardzo wolno i jest wprost stworzony do łowienia metodą  jerkowania. A najważniejsze, że na tego „gumojerka” biorą ryby. Nic więc dziwnego, że słowo suspending było najczęściej używanym na obu łodziach.

Pod koniec drugiego dnia, gdy już się „naszczupakowaliśmy”, Markku zarządził łowienie okoni. Stanęliśmy na górce wychodzącej z kilkunastu metrów na 7 i w ciągu pół godziny złowiliśmy ok. 20 kg przyzwoitych patelniaków. Nie trzeba było rzucać – wystarczyło twisterem pograć w pionie przy łodzi, by pasiaki meldowały się jeden za drugim. Podobno późną jesienią, gdy w zatoki wpływają śledzie, łowi się w Tammisari potężne, 2-kilogramowe okonie i kilkunastokilogramowe szczupaki. Finowie łowią okonie krótkimi wędziskami z plecionką na kołowrotku i długim, 1,5-metrowym przyponem z żyłki 0,22–0,25 mm. Przynętę – zwykle twister w kolorze brunatnym, zielonym lub motor oil – wiążą wprost do żyłki i prowadzą skokami „po naszemu”.

Myślę, że Zatoka Fińska może być konkurencyną propozycją dla znanej już dobrze polskim wędkarzom Szwecji. Brak morskiej troci – podstawowej atrakcji szwedzkich szkierów rekompensuje chyba mocniejsza populacja okoni. Nie do końca rozpoznany jest tu jeszcze sandaczowy temat, ale mętnookie są na pewno. Łowi się regularnie sztuki do  3 kg, a zdarzają się i „piątki”. Zatoki są mniejsze i bardziej kameralne niż szwedzkie – można tu bez problemu pływać małymi jeziorowymi łodziami z niewielkimi silnikami, a ryby nie są tak rozproszone jak w Szwecji. Nawet bez odbiornika GPS i profesjonalnie wyposażonej jednostki można więc spędzić tu piękny wędkarski urlop. Trzeba tylko pamiętać, że tutejsze szczupaki lubią, gdy się szarpie przynętą…

Tekst i fot. Marek Szymański

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy