Srebrne rzeki Alaski

Srebrne rzeki Alaski

"W 1867 roku Stany Zjednoczone kupiły od Imperium Rosyjskiego obszar obecnego stanu Alaska o powierzchni 1 518 800 km². Transakcja zyskała sobie miano „lodowni Sewarda” – na cześć amerykańskiego sekretarza stanu Williama Sewarda, który sfinalizował zakup. Sceptycy twierdzili, że oto amerykański podatnik zafundował sobie utrzymanie zimnej i trudno dostępnej krainy o wątpliwej wartości. Jednak to Seward miał rację – 7,2 mln zapłaconych Rosjanom dolarów (uwzględniając inflację byłoby to dzisiaj ok. 150 mln dolarów) zwróciło się z nawiązką, a wielu ekonomistów pod dziś dzień określa kupno Alaski jako „interes wszechczasów”. Pod koniec XIX wieku rozpoczęła się alaskańska gorączka złota, a kilkadziesiąt lat później odkryto gigantyczne złoża miedzi, ropy oraz gazu. Nie wspominając już o znaczeniu strategicznym Alaski, której posiadanie przez Amerykanów hamowało kolonistyczne zapędy Francji, Wielkiej Brytanii i oczywiście carskiej Rosji. Poza ukrytymi głęboko w ziemi bogactwami USA zyskało coś jeszcze – tereny o niebotycznej wartości przyrodniczej i najlepsze łowiska pacyficznych łososi na naszej planecie.

Wspominając zakończoną przed miesiącem wyprawę, na myśl przychodzi mi jedno słowo – przestrzeń. Przestrzeń na Alasce nabiera innego znaczenia. Przestrzeń jest tam naprawdę wielka. Jest bezkresna i rozciąga się po horyzont we wszystkich kierunkach. Jest dzika, surowa, nieokrzesana. Śmiertelnie groźna dla lekkoduchów, którzy jadą tam nieprzygotowani. (...)

Yakutat żyje tylko przez 4 miesiące w roku, kiedy przyjeżdżają tu wędkarze. W kwietniu, gdy pierwsze cieplejsze promienie słońca poruszą śnieżną skorupę na zboczach gór pasma Św. Eliasza, a niedźwiedzie wychodzą z gawr, przybywa wody w Situk. Niewielka, zupełnie dzika rzeka uchodząca do Oceanu obok miasteczka zmienia się w tarłową autostradę, którą płyną tysiące pacyficznych pstrągów tęczowych, czyli steelheadów. (...)

To, że dobrze połowimy na Alasce, dotarło do nas chyba już pierwszego dnia, gdy odbieraliśmy swoje bagaże po 3-godzinnym locie z Seattle. Minęliśmy się wtedy na lotnisku z kilkudziesięcioma wędkarzami, którzy właśnie kończyli swój pobyt w Yakutat i wracali do miasta, z którego my właśnie przybyliśmy. Nietrudno było ich rozpoznać, bo wszyscy wsiadali na pokład samolotu z wędkarskimi tubami, a niektórzy mieli jeszcze na nogach wodery, jakby przyjechali na lotnisko prosto znad wody! (...)

Na Ocean wypłynęliśmy w piękny i zupełnie bezwietrzny poranek. Rzadki luksus na Alasce, szczególnie we wrześniu. Duża, pełnomorska łódź powiodła nas jakieś 90 minut w otwarte morze. Na ploterze zauważyłem, że głęboki na ponad 200 metrów uskok przechodził tam w rozległy, płytki blat o długości kilku mil morskich. Kapitan naszej jednostki był gburowatym i mrukliwym marynarzem o mało sympatycznym usposobieniu. Moje pytania o miejscówkę zbywał milczeniem, więc nie było innej rady, jak zaufać, że wie, co robi. (...)

Najlepsze, co – moim zdaniem – Alaska ma do zaoferowania, to tzw. fly outs. To nic innego jak powietrzne taksówki, które zabierają wędkarzy w totalne odludzie, często na rzeki, które nie mają nawet nazwy. Czasami są to wyprawy na kilka godzin, czasami na kilka dni. Niewielkie samoloty o prostej i niezniszczalnej konstrukcji (największym uznaniem cieszą się Fokkery oraz samoloty marki de Havilland) zabierają na pokład od 2 do 10 osób i są w stanie wylądować praktycznie w każdym, w miarę płaskim terenie. Ewentualnie lądują bezpośrednio na wodzie, jeśli nie mają w pobliżu żadnego skrawka równej powierzchni. ..."

Relację z wyprawy na Alaskę przygotował dla Was Maciek Rogowiecki, a znajdziecie ją na stronie 8 WŚ 12/2017.  

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Dargon