Boleniowa strategia

Boleniowa strategia

Bywają na rybach takie dni, że wszystko co wiemy, bierze w łeb. Bez względu na to, czego byśmy nie zrobili, efektów nie widać. Dla mnie to dobrze, bo lubię wyzwania i dochodzenie do pewnych prawd zawsze mnie cieszy. Chyba bardziej niż regularne i w końcu monotonne robienie tego samego.

Świadomie piszę o boleniu w kwietniu, żeby czytelnicy mieli czas na zweryfikowanie pewnych reguł, które nad wodą często zawodzą. Ale od początku. W ubiegłym roku, kolega zaprosił mnie na swoją wodę, gdzie ponoć gotuje się od boleni. Zapewnił mnie także, że niczego nie złowię. To wystarczyło. Moja duma wzięła górę i przyjąłem wyzwanie. Zamiast pierwszego maja ruszyć za szczupakiem, pojechałem nad Odrę zapolować na bolenie. Jedno pudełeczko z samymi pewniakami. Większość to rękodzieła, pamiętające jeszcze schyłek ubiegłego wieku. Same dobre nazwiska. Nad wodą byliśmy koło szóstej, wstawało słoneczko a ciepły i bezwietrzny dzień dawał nadzieję na udane połowy. Jeszcze przy samochodzie usłyszałem pierwszy atak bolenia. Robiło się ciekawie. Gdy zeszliśmy nad rzekę, byłem pewien że to będzie najlepszy, boleniowy dzień w moim życiu. Co kilkanaście sekund na wodzie pojawiał się gejzer wody a małe rybki uciekały w każdym kierunku. Na środku rzeki, pod brzegami, w nurcie i w spowolnieniach. Naprawdę, dosłownie gotowało się od boleni. Pierwsze rzuty i nic. Dobra, trzeba się zastanowić. Po kwadransie już wiedziałem, jak układa się nurt, gdzie zbierają się ukleje i gdzie mniej więcej powinny następować kolejne ataki. Tam też zacząłem posyłać swojego woblera.

Ciąg dalszy artykułu na stronie 34 WŚ 4/2019.

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata - szczegóły tutaj.

Autor artykułu

Wojciech Krzyszczyk
Wojciech Krzyszczykzastępca redaktora naczelnego Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Decathlon