Spinningowy Belly Boat

Spinningowy Belly Boat

W poprzednim numerze mieliście okazję przeczytać obszerny tekst na temat wędkarstwa muchowego z Belly Boat. Ja podzielę się swoimi spinningowymi doświadczeniami.

Wiele razy trafiłem nad łowisko,gdzie zwodowanie łodzi było niemożliwe, a łowienie z brzegu nie wykorzystywałow 100% zasobności akwenu. Jeszcze 20 lat temu tarabaniłem z sobą niewielki, rosyjski ponton. Koszmarnie ciężki, niewygodny i toporny. Po kolejnej męczącej wyprawie z jego napompowaniem i doniesieniem nadłowisko, zostawiłem go na brzegu. Po latach trafiłem na pływadełko, które nie tylko daje komfort dotarcia w każde miejsce, ale też jest wygodne, lekkie i bezpieczne. I co dla mnie, spinningisty najważniejsze, pozwala zabrać na pokład trochę sprzętu.

Widoczne płycizny

Na początku mojej przygody z pływadłem, wybierałem łowiska płytkie, mocno porośnięte roślinnością i dosyć czytelne. Nie interesowało mnie, ile mam wody pod sobą. Szukałem szczupaków w oczywistych miejscach - pasma trzcin, kępy moczarki czy rozległe pole grążeli. Typowe miejsca w których można zastosować różne przynęty, od powierzchniowych po większe gumy uzbrojone w offsetowy, antyzaczepowy hak. Często nad wodą bywałem sam. Żadnego dojazdu samochodem, żadnych pomostów czy wędkarskich stanowisk. Ot, taki grajdołek zapomniany przez wszystkich. W łowiskach takich zawsze są szczupaki. Najczęściej łowiłem niewielkie sztuki, jednak od czasu do czasu trafiał się rodzynek. Największym minusem tego typu miejsc jest to, że jeśli ryby zamkną pyski, to w zasadzie nie mamy innej alternatywy, a wielogodzinne i bezowocne rzucanie tym samym w te same miejsca, nie jest dla mnie. Postanowiłem spróbować swoich sił na większej wodzie.

Ciąg dalszy artykułu na stronie 28 WŚ 8/2019.

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata - szczegóły tutaj.

Autor artykułu

Wojciech Krzyszczyk
Wojciech Krzyszczykzastępca redaktora naczelnego Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Kalosze