Solone bolenie

Solone bolenie

Marcin Ortel z Marinero jest znakomitym łososiowcem, ale nigdy wcześniej nie złowił bolenia, więc jego doniesienia o boleniach łowionych w Zatoce Gdańskiej przez jego znajomego kładłem na karb braku znajomości słodkowodnych gatunków. Bardziej stawiałem na jazie, których ponoć w Bałtyku ostatnio jest coraz więcej. Zdjęcia jednak nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Pozostało wybrać się na zatokę z boleniowym sprzętem. 

Znajomi Marcina łowili bolenie przede wszystkim na wahadłówki, więc do pudełka powędrowały dobre, sprawdzone na trociach i belonach błystki: była Rewa Adama Kaczmarka, była Ukla Jaxona i ciężki, dalekosiężny Madman. Dragona. Na woblery ponoć brały słabiej, więc bardziej z przekory spakowałem też zestaw woblerów boleniowych, których pożądane cechy to lecieć daleko i chodzić płytko. Płytko, gdyż, po pierwsze, bolenie żerowały ponoć, jak na letnie bolenie przystało, czyli z powierzchni, a po drugie – chodziły na bardzo płytkiej wodzie i łowiło się je z brzegu lub wchodząc do wody najwyżej do kolan. Do pudełka spakowałem też rasowy japoński wobler twitchingowy nabyty drogą zakupu za cenę czterech woblerów nietwitchingowych, który miał otworzyć wodę, gdy już „nic i na nic”.

Pierwsze minuty na plaży nie napawały optymizmem. Słona krystaliczna woda i żółty piaseczek bardziej sprzyjały opalaniu, ale jako że zameldowaliśmy się nad wodą o świcie, więc i na opalanie trzeba było poczekać. Na dodatek brak wędkarzy i jakiegokolwiek życia na wodzie rodził podejrzenie, że nie po raz pierwszy zresztą dałem się zrobić w balona. Miałem jeszcze tylko cień nadziei, że bolenie nie zmieniły swoich rzecznych przyzwyczajeń i po prostu czekają na słońce. ...

Jak skończyła się ta boleniowa przygoda przeczytacie na stronie 28 WŚ 10/2017. 

Autor artykułu

Marek Szymański
Marek Szymański zastępca redaktora naczelnego Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Dargon