25 h na dobę

25 h na dobę

Zagraniczne wyprawy zawsze kojarzyły mi się z czymś niesamowitym. Gdy nie było mnie na nie stać, mówiłem, że to nie dla mnie, po co mi to. Później zrozumiałem, że to tylko kwestia stanu umysłu. Chcę, to jadę, nie chcę, to nie jadę. Finanse nie mają większego wpływu, gdy się chce. Pierwszą zagraniczną wyprawę zaliczyłem nad Rodan. Klasyczny liść od losu, czyli tydzień bez puka. Ale teraz będzie inaczej.  Jedziemy nad Pad. Ale im dowalimy.

Ze Szpiegiem zawsze coś wymyślę. Raz  głupoty, raz mądre rzeczy. Tak było i tym razem. Przypadkowe spotkanie, gadka o wszystkim i o niczym. Nagle Szpiegu mówi, że u Johnego 5G zwolniło się miejsce na tydzień na Padzie. Hm 5G, 4G, LTE… Ja nie potrzebuję przewodnika. Aczkolwiek z drugiej strony może warto zaryzykować… Dzwonię kontrolnie do Dorki. – Cześć, bo na Padzie zwolniło się miejsce u przewodnika i tak sobie… Przerywa mi prędko: – Jedź. Ale… – Jedź!

Ale im dowalimy – śmiejemy się jak dzieci. Ale nie jak na Rodanie. Tym razem będzie grubo. Jeszcze był przeszło miesiąc do planowanej wyprawy. Była chwila na poukładanie tematów i ogarnięcie wolnego w pracy. Szybki telefon do Marcelego. – Lecimy ze Szpiegiem na Pad. Lecisz z nami? – Hm, pewnie. Jest skład, jest dobrze. Pora na przygotowania. Jak zwykle za późno zacząłem. Przeciągałem zakupy za długo. Johny przysłał listę rzeczy, których on używa. Nie wyważam otwartych drzwi, więc zamawiam w ciemno. Wypchane po brzegi sumowe sklepy internetowe okazały się jak wody PZW. A to nie ma czegoś, a to jest coś innego, trochę dziwne to. Ale jadę na Pad, nic mnie nie powstrzyma. Przychodzi paczka, ale… połowa rzeczy inna.

Komu w drogę…

… temu euro. Kasa wymieniona. Marceli od trzech dni pielęgnuje trawnik, by zgarnąć z 1000 rosówek.  Ja walczę z robotą. Powstaje standardowa lista rzeczy do zabrania. Rezygnujemy z foteli, bo u Wojtka – Johnego są dostępne. Kije bierzemy nasze, zestawy do trolla, bo przerwy w dzień są dla cieniasów, moją echosondę, porozwalaną miskę woblerów i trochę ubrań na różne anomalie pogodowe. I namiot Quechua 2sec, dwójkę. Nawiasem mówiąc, ktoś powinien za niego Nobla dostać. Oczywiście zabrałem też całą stertę zbędnych rzeczy.  Chłopaków prosiłem o rozsądek. W tyle głowy miałem, że jeśli nie pomieścimy się w samochodzie, będziemy musieli jechać z boxem na dachu. Nie chcę tego z całych sił, bo więcej niż 160 się nie poleci… Udało się. Składając 2/3 kanapy, uzyskaliśmy Passata Maxa. Wszystko wlazło. Od teściowej worek schabowych specjalnie dla zięcioszka i dzida. ...

Artykuł z tej wyprawy czeka na Was na stronie 8 WŚ 8/2018. 

Autor artykułu

Krzysztof Rózga
Krzysztof Rózga stały współpracownik Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
rapala pike program