Owocowe liny

Owocowe liny

Kolejny mazurski sezon z linami w roli głównej za mną. Pozornie nic nowego. To samo ulubione jezioro i ten sam pomost. Podobne ryby i dobrze znane miejsca. A jednak rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej niż w poprzednich latach.

Miniony sezon był pierwszym od kilku lat, w którym nie mogłem poświęcić linom czasu w pierwszej części roku. Poza wydłużonym weekendem na przełomie maja i czerwca nie było mi po drodze nad moje jezioro. Taka późna wiosna to zazwyczaj już właściwy czas do łowienia linów i można liczyć na dobre brania. Tym razem jednak zdecydowanie coś nie zagrało. Może jakiś wpływ miała na to zmiana łowiska, bo przez trzy poranki z rzędu na grubo przed świtem moje dotychczasowe łowisko było zajęte. Przeniosłem się więc 200 m dalej, na pomost, z bardzo utrudnionym wejściem z brzegu. Pierwszy raz też spotkałem się z tak silnym zakwitem wody na tym jeziorze o tej porze roku. Nawet na płyciźnie nie widać było dna. Do tego na powierzchni wody przy brzegu tworzyła się turkusowa piana. Być może jakieś znaczenie miały też kolejne eksperymenty z zanętami i nutami zapachowymi. Nie sprawdził się aromat miodowy, kokosowy ani ziołowo-korzenny. Mimo stabilnej pogody i bardzo podobnych warunków jak w poprzednim łowisku, czyli głębokości około półtora metra, obecności w wodzie rzadkiego zielska i sąsiedztwa szerokiego trzcinowiska, przez 3 dni nie udało mi się spotkać z linem. Połowiłem sporo ładnych płoci, a jedyną większą rybą był kilogramowy leszcz. Na pewno liny były w łowisku i żerowały. Woda w miejscu podania zanęty i zestawów nieraz aż gotowała się od buszujących przy dnie ryb. Starsi wędkarze na Mazurach mówią wtedy, że lin „wyszedł i szumi”. To bardzo trafne, a zarazem niezwykle malownicze określenie sposobu żerowania tych ryb. Gigantycznych bąbli wokół spławika nie da się pomylić z oznakami żerowania żadnej innej ryby w jeziorze.

Nad swoją wodę wróciłem dopiero w drugiej połowie sierpnia, z założeniem, że poświęcam linom najwięcej czasu, ile tylko się da. W konsekwencji oznaczało to czternaście pobudek grubo przed świtem na piętnaście nocy. Do tego sporo szybkich, króciutkich wyskoków na pomost późnym wieczorem przed zmierzchem, co do tej pory robiłem bardzo rzadko z powodu braku czasu.

Już w dniu przyjazdu wieczorem moje czteroletnie dziecko koniecznie chce iść na ryby. Zamiast, jak rozsądek nakazuje, zabrać najkrótszą wędkę bez kołowrotka, coś podkusiło mnie zrobić mu spławikowy zestaw na ...

Cały artykuł znajdzicie na stronie 62 WŚ 12/2018. 

Autor artykułu

Paweł Daniec
Paweł Daniec stały współpracownik Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Kalosze