My tu jeszcze wrócimy

My tu jeszcze wrócimy

Każdy z nas ma swoje wyjątkowe wędkarskie miejsca. Łowiskiem, które ja darzę wielkim sentymentem, są ciepłe kanały konińskie. To właśnie tam zaczynałem swoją przygodę z karpiami. Kanały pokochałem za sprawą świetnego wędkarza, nieżyjącego już Waldemara Masłowskiego. Zawsze chętnie tam wracam.

Kanały w Koninie zaspokajają mój głód bycia nad wodą zimową porą. Muszę przyznać, że pomimo niesprzyjającej aury ten czas należy do najprzyjemniejszych. W zeszłym sezonie nie udało mi się tam być tak często, jakbym sobie życzył, ale obiecałem sobie, że kolejny zimowy sezon otworzę planowo, z początkiem grudnia. Wybór padł na Kanał Pątnowski, a dwójka moich kompanów – Rafał i Paweł – na propozycję wspólnego wyjazdu zareagowała entuzjastycznie.

Wiedzieliśmy, co zabrać. Doświadczenie z ubiegłych lat procentowało, ale… No właśnie, było jedno ale. W związku z coraz rzadszymi zrzutami ciepłej wody, która jest efektem chłodzenia turbin elektrowni, ewoluowała ichtiofauna. Pojawiły się tysiące tak zwanych „kabaczków”, czyli czebaczków amurskich, oraz zwiększyła się populacja raków. Sygnały, które dostaliśmy od miejscowych wędkarzy, nie potwierdzały „upierdliwości” tych osobników, ale musieliśmy być przygotowani na każdą ewentualność. Uzbrojeni w spore ilości zanęty w postaci kulek oraz gotowanej kukurydzy ruszyliśmy w drogę. W drodze układałem taktykę łowienia i zastanawiałem się, gdzie usiąść. Przy samej elektrowni? Czy może na „szerokim”? Po dwóch godzinach jazdy ukazały się nam kominy elektrowni oraz sam kanał, który dosłownie obstawiony był przez karpiarzy. Dużego wyboru nie było. Rafał wypatrzył wolne miejsce, na którym postanawiamy rozłożyć swoje obozowisko.

To tylko fragment artykułu. Cały artykuł znajdziecie na stronie 36 WŚ 2/2019

Autor artykułu

Robert Adamski
Robert Adamskistały współpracownik Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Decathlon