wypatruj-strzalek

Wypatruj strzałek

Kiedy wiele lat temu zaczynałem przygodę z boleniami, a były to wówczas tylko rzeczne łowy, utwierdziłem się w przekonaniu, że prawdopodobnie nie ma nic bardziej emocjonującego od brania rapy na przykosie czy szczycie główki.

Na szczęście cały czas poznajemy coś nowego. Dla mnie nowością było i w pewnym sensie nadal jest „polowanie” na bolenie z zaporówek, które jest czymś zupełnie innym od rzecznych podchodów, zwłaszcza zaś połowy „na upatrzonego” przy użyciu woblerów powierzchniowych.

W NIEZNANE

Pamiętam pierwszą boleniową wyprawę na sporą zaporówkę. Wiedzieliśmy z kolegami, że boleni jest tam pod dostatkiem, do tego można trafić prawdziwego smoka. Ekscytacja mieszała się z niepewnością, bo łowiąc te ryby stosunkowo długo zdawałem sobie sprawę, że oczekiwania a rzeczywistość to dwa różne światy. Wypłynęliśmy o świcie. Rześki majowy poranek z unoszącą się malowniczo mgłą wprawiał w doskonały nastrój, natomiast pierwsze trudne do przeoczenia uderzenie rapy w stado uklejek szybko przypomniało nam, po co tutaj jesteśmy. Powoli, jak najostrożniej staraliśmy się dopłynąć na odległość rzutu do miejsca, gdzie rozgoniona drobnica w nerwowych ruchach znaczyła taflę wody. Ciężka sterówka po raz kolejny przecina powietrze, niczym pocisk leci w jeden wybrany punkt. Świst żyłki, lekkie przytrzymanie, kabłąk, dwa obroty korbą i jeeest! Potężne branie na pełnym wyrzucie połączone z kotłem na wodzie oraz gwizdem hamulca. Rapa kopie wściekle i po szaleńczych odjazdach w końcu pozwala się podebrać. Wiem już, że przepadłem, i to na dobre.

Ciąg dalszy artykułu Piotra Gołębia na stronie 54 WŚ 05-06/2020.

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata – szczegóły tutaj.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy