Trociowa woblerioza

Koledzy, z którymi jeżdżę od lat na trocie, żartują sobie, że ze swoimi woblerami jestem „po imieniu”, a za niektórymi bez wahania wskoczyłbym do lodowatej wody, by uratować je z zaczepu.

J est w tym dużo prawdy. Moja fascynacja woblerami zaczęła się w momencie, gdy rozpocząłem przygodę z trociami, a więc ponad 30 lat temu. W tamtych czasach nie było zbyt wielu powszechnie dziś dostępnych przynęt na trocie, problem był zwłaszcza z wobkami. Jako pierwsze pojawiły się przynęty Gębskiego, tzw. Gębale. Można było je dostać w nie- których sklepach „spod lady”. Nieco później na rynek weszły Balskory, które miały podobną baryłkowatą budowę jak Gębale i równie agresywną pracę. Większość modeli obydwu producentów była pływająca. Żeby nieco głębiej zejść, zaczepialiśmy na pierwszej kotwiczce obciążenie (śrucinę) albo owijaliśmy ją taśmą ołowianą. Modele tonące czy intermedialne nie były powszechnie dostępne. Wędkarze musieli radzić sobie sami i w ten sposób rozwinęło się rękodzielnictwo. Miałem to szczęście, że byłem w grupie ludzi, którzy mieli dostęp do tych przynęt. Nie można było ich kupić w sklepie. Trzeba było mieć znajomości i odpowiednie kontakty. To było prawdziwe zdobywanie, a każdy wobler był bardzo cenny. Tylko nieliczni wtajemniczeni mieli dostęp do woblerów z Czarnego, gdzie powstawały trociowe skarby. Do dzisiaj ta miejscowość jest znana z rękodzielnictwa woblerów.

Ciąg dalszy artykułu autorstwa Pawła Mireckiego na stronie 10 WŚ 09/2021.

Zachęcamy również do prenumeraty Wędkarskiego Świata – szczegóły tutaj.

Autorzy