Łowimy po indiańsku

Łowimy po indiańsku

"Na wszystkie wyprawy jeżdżę z moim 9-letnim synem Frankiem. To był wyjątkowy dla nas rok. Franek świetnie zadebiutował w spławikowym Grand Prix Polski Kadetów i w Mistrzostwach Polski U-15, a mnie razem ze spławikową Kadrą U-15 udało się przywieźć z Włoch brązowy medal MŚ. Ryby nas lubiły i przez cały sezon mogliśmy się nacieszyć wieloma wspaniałymi wyprawami. Końcówka sezonu też nas przyjemnie zaskoczyła. Ciepłe wieczory i nocne wyprawy nad rzekę w poszukiwaniu „Królowej Sanu” przyniosły nadspodziewane rezultaty…

Sezon spławikowy zmuszał nas do mieszania całych kotłów gliny i targania za sobą ton sprzętu wyczynowego. W pewnym momencie człowiek ma już dość i zastanawia się jak wędkarsko uciec od tego. Wykorzystując bliskość Sanu postanowiliśmy poszukać ryby, która jest marzeniem wielu ze względu na swoją waleczność i spryt. Brzana – ryba, która obok świnki i klenia jest magnesem przyciągającym na Podkarpacie ludzi z całego kraju.

Nasze łowienie to trochę inna bajka – nie używamy zanęt, cudownych zapachów i kilogramów robaków. Proste zestawy, sprzęt ograniczony do minimum i jak to mówi Franek – łowimy po „indiańsku”, siedząc na kamieniu i łowiąc na to, co pod nim znajdziemy. Największym problemem jest odnalezienie żerowisk stada brzan, które nabierają masy przed zimą, grzebiąc pod kamieniami i wyjadając różne rzeczne przysmaki. Dobrymi miejscami są kamienne garby pomiędzy rynnami lub żwirowe dno na granicy wodnej roślinności, która w tym roku mocno porosła nasz San. Wszystko robi się „na oko i ucho”. Trzeba pojeździć nad rzekę wieczorami i obserwować wodę, nasłuchując charakterystycznego ..."

Cały artykuł przygotował dla Was Tomasz Drewniak, a znajdziecie go na stronie 24 WŚ 1/2019. 

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
Kalosze