Liny 2017 – trudny sezon

Liny 2017 – trudny sezon

Linowy sezon 2017 należy już do przeszłości. Wspominając wyprawy oraz analizując sukcesy i porażki, staram się wyciągnąć wnioski na przyszłość. A tworząc poniższy tekst, mogę w myślach przeżyć to wszystko jeszcze raz.

Mój początek jeziorowego sezonu przypada w długi weekend na przełomie kwietnia i maja. Nie łowiłem nigdy o tej porze roku jeziorowych linów. Jednak wczesnowiosenne doświadczenia z tymi rybami znad Kanału Żerańskiego oraz płytkie, przybrzeżne łowisko napawają optymizmem. Niestety, choć na Mazurach są to dni słoneczne, jest wyjątkowo zimno i wietrznie. Mając przed sobą ploso kilkusethektarowego jeziora i silny wiatr w twarz powodujący półmetrową falę przelewającą się przez pomost, mogę zapomnieć o jakimkolwiek łowieniu. Niepowodzenia z początku sezonu odbijam sobie kilka tygodni później. Piękny weekend z wręcz letnią pogodą spontanicznie udaje mi się spędzić nad moim jeziorem. Sobotniego poranka łowię pierwszego, prawie kilogramowego lina, który zamiast na kukurydzę wziął na pojedyncze ziarno konserwowego groszku. Zdaniem jednego z miejscowych wędkarzy, który widział, jak holuję rybę, jest to pierwszy tegoroczny lin złowiony w tym jeziorze. Następny poranek przynosi zamiast linów niespodziankę w postaci kilku grubych krasnopiór.

Na kolejny wyjazd przychodzi mi poczekać do połowy czerwca. Przez pierwsze dwa poranki łowię trzy czy cztery nie za duże liny oraz trochę średnich płoci. Z jakiegoś powodu liny wolą od kukurydzy (zarówno zwykłej z puszki, jak i aromatyzowanej) konserwowy groszek, który sprawdził się już pod koniec maja. Ostatniego dnia długiego weekendu jestem oczywiście o świcie na pomoście. Znowu wieje zimny wiatr ze wschodu i na jeziorze robi się fala. Około siódmej mam już dosyć wiatru i zimna. Schodzę na chwilę z pomostu na brzeg, gdzie przynajmniej tak nie wieje. Nie widzę sensu dalszego łowienia. Mam już zwijać sprzęt i zamiast budzić śpiącą jeszcze rodzinę – iść do pobliskiego hotelu na gorącą kawę. W tym momencie zauważam, że nie ma jednego ze spławików. Starając się robić jak najmniej hałasu, na palcach wracam do wędek i tylko widzę, jak jedna z nich zdecydowanie sunie po pomoście w stronę wody. Na szczęście udaje mi się ją złapać. W tym miejscu warto dodać, że był to najbardziej waleczny i dynamiczny lin, jakiego zdarzyło mi się spotkać, oraz że miałem go na przyponie 0,10 mm, który założyłem z myślą o połowie płoci, gdy nic już nie brało od świtu. Na szczęście holowałem go swoją ulubioną wędką do połowu linów....

Całą moją przygodę z linami znajdziecie na stronie 50 WŚ 12/2017. 

Autor artykułu

Paweł Daniec
Paweł Daniec stały współpracownik Profil autora

Komentarze (0)

Zaloguj się tutaj, aby dodać komentarz
« Wróc do listy
rapala pike program