sum-zabity

Jest się czym chwalić? Kac po sumie!

„Dla większości wędkarzy ten 2,5-metrowy okaz suma jest bezcennym elementem ekosystemu Jeziora Żywieckiego i po złowieniu powinien wrócić do wody. Jednak dla swojego łowcy był kawałem mięsa, za które można dostać… wódkę.

3 sierpnia na facebookowym profilu „Przystani u Siudego”, zlokalizowanej nad Jeziorem Żywieckim, pojawiła się fotografia, która miała zrobić wrażenie, ale wywołała kontrowersje. Na belce stropowej zawieszony jest gigantyczny martwy sum, a pod nim plama krwi. Świeżo upieczony właściciel tej ryby wygląda przy niej na mikrusa, choć rolę gra tu też perspektywa. Jak wyjaśnia Ryszard Siudy, właściciel przystani z Tresnej, rybę złowili na wędkę dwaj mężczyźni. Miała 2,5 metra długości i 57 kilogramów wagi.

– O większej w Jeziorze Żywieckim nie słyszałem – stwierdza.

Ryba wzięła w rejonie żwirowni. Nie był to tzw. przyłów, ale jej łowcy właśnie na nią polowali. Zarzucili wędkę ze spławikiem i aż 40-centymetrowym kleniem jako przynętą.

Większość łowców rekordowych sumów takim okazom robi tylko pamiątkowe zdjęcia i wypuszcza do wody. – Takie zachowanie podpowiada wędkarski honor. Karpiarze, czyli wędkarze łowiący karpie, nawet by nie pomyśleli, by zabrać do domu dużą sztukę – mówi Zbigniew Pszczeliński, dyrektor biura Zarządu Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego Bielsko-Biała. Sum z Tresnej nie miał tyle szczęścia.

Jak tłumaczy właściciel przystani, a jednocześnie punktu sprzedaży wędzonych ryb, wędkarze przynieśli mu już martwą rybę. Mówi, że taką sytuację miał po raz pierwszy. A jako, że ryby i tak nie dało się uratować, to ją po prostu odkupił. Dał sobie zrobić z nią zdjęcia, a syn umieścił jedno na Facebooku. Do tego był podpis: „Wiadomo jak na ryby to do Siudego….”.

Walutą przy tej transakcji było kilka… butelek wódki.

– Gdybym to ja chwycił taki okaz, to bym go wypuścił. Cieszy mnie, że kultura wędkarska zmierza w tym kierunku. Widzę, jak ludzie przy przystani łowią ryby, później je mierzą, a po chwili wypuszczają – zapewnia.

W sieci zdjęcie u jednych wywołało podziw, a u innych złość i uczucie zdegustowania. Takiej reakcji szef przystani się nie spodziewał. Krytycy rzucali takie hasła jak: „mięsiarz”, „szkoda ryby”, „trzeba było wypuścić, to by innych wędkarzy cieszyła”, „nienawidzę takich zdjęć – znowu mięsiarstwo”, „żenada”, „szkoda, że zjedzony”, „takie okazy powinny być pod ochroną – bez sensu”. Inni z kolei stwierdzali, że przez tych komentujących przemawia zazdrość, a ryby są po to, żeby je zjadać. A poza tym sum to szkodnik, bo zjada wiele mniejszych ryb. I składali wyrazy uznania: „jak ty go do wędzarni wsadzisz?”, „ze skóry możesz sobie śpiwór uszyć”, „wow, co za bestia!”, „czapki z głów za tę sztukę!”

W regulaminie Polskiego Związku Wędkarskiego, który musi poznać każdy wędkarz, by w ogóle otrzymać kartę, jak byk (a może jak sum?) stoi, że „wędkarzowi nie wolno sprzedawać złowionych ryb”.

– Handel rybami to duży problem w naszym środowisku. Są wędkarze, którzy tym się trudnią na pełny etat. Łowią ryby, wkładają je do słoików, a potem te słoiki sprzedają. Sens tych przepisów jest taki, że łowi się dla siebie. A jeśli ryby nie chce się zjeść, to się ją wypuszcza z korzyścią dla wszystkich – wyjaśnia Zbigniew Pszczeliński.

Zaznacza, że te przepisy nie są precyzyjne i dość trudno je egzekwować. Bo wędkarz ma prawo zabrać złowioną rybę, jeśli jest wymiarowa i nie ma akurat okresu ochronnego. Ale problematyczne jest później sprawdzanie, co się z tą rybą dzieje po opuszczeniu przez wędkarza łowiska. Tym bardziej, że nieodpłatne rozdawanie złowionych ryb jest niedozwolone jedynie w obrębie łowiska. A poza nim można ją wykorzystać jako… prezent. …”

Żródło:

Cały artykuł przeczytacie w Kronice Beskidzkiej.

http://www.kronika.beskidzka.pl/

Autor: Marcin Kałuski

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Autorzy